Piłka nożna to dziś skrzętnie wyreżyserowany spektakl, w którym głównym aktorom nie brakuje niczego. Mają wszystko, czego chcą. Muszą jedynie dać rozrywkę masom. A najlepiej być jak maszyny. Wygrywać, wygrywać, wygrywać. Jak było dawniej? O winie Mistella, pieniądzach w kopercie, meldowaniu się w markowni na kopalni i kołkach przybijanych do butów na gwoździe opowiada Andrzej Bilski, w latach 60. piłkarz Górnika Wałbrzych. Artykuł z ostatniego numeru tygodnika "WieszCo".


Nim przejdziemy do zasadniczej część rozmowy, chciałbym, żebyśmy wytłumaczyli czytelnikom, dlaczego będę zwracał się do ciebie „na ty”.

- To przecież nic nadzwyczajnego. Choć dzieli nas tak na oko jakieś 40 lat (wspólny śmiech), to znamy się już kawał czasu i nie będziemy przecież sobie „panować”. A tak na poważnie, lubię jak ludzie zwracają się do mnie po imieniu.

Czujesz się wtedy młodszy?

- To nie o to chodzi. Po prostu tak jest prościej, szybciej można wtedy złapać kontakt. I nie ma tu znaczenia, że 9 listopada skończyłem 84 lata.

Początkowo, gdy próbowałem namówić cię na rozmowę, nie byłeś tym zachwycony?

- Nie byłem, bo pomyślałem, że będziesz chciał ode mnie wyciągnąć jakieś sensacyjne fakty sprzed kilkudziesięciu lat. Ja nie będę chciał o nich mówić i wyjdzie z tego taka trochę nijaka rozmowa.

Wyczułeś pismo nosem, bo nie chcę rozmawiać o piłce nożnej?

- A o czym?

Trochę o futbolu też, ale głównie o tym wszystkim wokół piłki nożnej, co działo się w latach 60. gry grałeś w Górniku Wałbrzych.

- (Głośne westchnięcie). A nie mówiłem! No dobrze, zgodziłem się na ten wywiad, to zamieniam się w słuch. Nie obiecuję, że zdradzę wszystkie sekrety szatni, ale postaram się nie unikać żadnych odpowiedzi.

Jak zostałeś piłkarzem?

- Urodziłem się w Poznaniu w 1937 roku i odkąd pamiętam, ganiałem po podwórku za piłką. A piłki wiesz jakie wtedy były? Robione z pończochy z napchanymi w środku gazetami. Kopało się taką „kulę” dniami i nocami. Gdy miałem 10 lat trafiłem do klubu Surma Poznań. Dziś byśmy powiedzieli, że jestem jego wychowankiem. Potem podchody zaczęły robić poważniejsze poznańskie zespoły – Lech i Olimpia. Bardziej konkretna była ta druga, ale że matka miała prywatną inicjatywę i sprzedawała w rynku warzywa i owoce, błagała mnie wręcz, żebym nie szedł do klubu milicyjnego jakim była Olimpia. Mówiła, co ludzie powiedzą o nas. Posłuchałem się i trafiłem do kolejarskiego Lecha. Potem wojsko odsłużyłem w Opolu i poszedłem grać do Stilonu Gorzów.



Stamtąd trafiłeś do Wałbrzycha?

- Tak. Spodobałem się działaczom Górnika na jednym ze spotkań pucharowych, bo byłem szybki oraz wszechstronny. Pamiętam jak przyjechali pewnego wrześniowego dnia do Gorzowa. Zajechali czarną Wołgą z tablicami rejestracyjnymi zaczynającymi się od liter „XX”i z workiem pieniędzy.

Jak w filmie.

- Prawie (śmiech). Pamiętam, że gdy wyjeżdżałem z Gorzowa w drogę do nowego klubu niesamowicie prażyło słońce, a po kilkunastu godzinach podróży na miejscu w Wałbrzychu zastała mnie jesień. Wyobraź sobie wysiadasz z samochodu w krótkich spodenkach i T-shircie, a na zewnątrz jest może z 10 stopni powyżej 0.

Pojechaliście na zakupy, po cieplejsze ubrania?

- Nie, zawieźli mnie od razu do drużyny, która była wtedy na zgrupowaniu w internacie górniczym na Podgórzu i przygotowywała się do walki o mistrzostwo III ligi. Był 1961 rok. Zespół bardzo fajnie mnie przyjął, od razu pokazano mi co i jak, szatnię, boisko, natryski. Luksusów nie było. Szatnie drewniane, opalane węglem, w ścianach pluskwy, a ubrania trzeba było sobie prać samemu. Nierzadko zdarzało się, że na mecze jeździliśmy pociągami. Takie czasy.

Mówisz, że drużyna dobrze cię przyjęła, ale nie było żadnej „fali”, nie musiałeś się jakoś wkupić w łaski starszyzny, postawić skrzynkę wódki?

- Możesz mi nie wierzyć, ale nie było czegoś takiego. Zresztą ja nigdy nie paliłem, za wódką też nie przepadałem, wolałem się napić lampki dobrego wina. Dość szybko dostałem pokój w Hotelu Grunwald na Pl. Grunwaldzkim, gdzie do niedawna był ZUS. Stamtąd chodziłem na treningi na Nowe Miasto. Wcześniej każdy piłkarz musiał się zameldować punktualnie o 8:00 rano na markowni w kopalni Mieszko. Sprawdzał nas dobrze znany wszystkim kibicom Henryk Kuster, spiker na meczach Górnika. Miał kartkę papieru i odfajkowywał długopisem kto był, kto się spóźnił, a kogo zabrakło. Później był obiad w restauracji „Pod Pałkami”, gdzie dziś mieści się Pasaż.

Meldowaliście się na kopalni, gdzie mieliście „lipne” etaty?

- Wiedziałem, że o to zapytasz. Nie lubię słowa „lipne”. Byliśmy zatrudnieni na kopalni, ale oczywiście na dół nie zjeżdżaliśmy. Naszą pracą była gra w piłkę nożną. Musieliśmy jednak trenować, bo każda poranna absencja u Kustera powodowała, że mniej dostawało się pieniędzy przy wypłacie. Oprócz kwoty za etat otrzymywaliśmy też wynagrodzenie za mecze.

Pamiętasz ile?

- Doskonale, było to 600 zł za zwycięstwo i 300 zł za remis.

Co można było wtedy za to kupić?

- Z tym już będzie gorzej, chyba sobie nie przypomnę. Pamiętam za to jak poszliśmy ze swoją narzeczoną i zrobiliśmy pierwsze zakupy na książeczkę „G”, którą miał każdy górnik. Kupiliśmy wtedy dywan i chyba lodówkę. To był dopiero luksus.

Wspomniałeś o narzeczonej, czuliście jako piłkarze zainteresowanie dziewcząt?

- Co poniedziałek, gdy mieliśmy wolne od treningów, spotykaliśmy się albo w kawiarni na ostatnim piętrze Domu Towarowego Centrum przy ul. Słowackiego, albo w knajpce PTTK na Pl. Tuwima. Siadaliśmy z chłopakami z drużyny, popijaliśmy wino Lacrima lub Mistella. Tam też poznałem Halinkę, moją późniejszą żonę, która w tamtym czasie pracowała w sklepie „Raj dziecka” w Rynku.

Czuliście się gwiazdami, panami życia?

- Może aż tak, to nie, ale zainteresowanie było olbrzymie. Na nasze mecze w III lidze potrafiło przyjść na stadion nawet 20-25 tys. kibiców. Gdy wchodziliśmy do jakiejś restauracji, to każdy kelner chciał, żebyśmy siadali w jego rewirze, bo wtedy natychmiast przysiadali się kibice i wiadomo było, że rachunek będzie sowity. Kibice, którzy byli krawcami lub szewcami szyli nam garnitury lub robili porządne buty na wymiar. Żaden nigdy nie wziął za to od piłkarzy ani złotówki.

Po meczach ostro balowaliście?

- Ty jednak lubisz sensacje. Chodziliśmy przeważnie całą drużyną do Centralnej, gdzie szefem kuchni był wielki kibic Górnika. Trochę tam czasu spędzaliśmy (długi śmiech). Bywało, że kibice po wygranym, jakimś ważnym spotkaniu, robili zrzutkę i przynosili nam pieniądze do szatni w kopercie. Zdarzało się, że poszczególni zawodnicy dostawali jakieś „napiwki” od fanów. To wszystko lądowało w jednym worku i za to świętowaliśmy lub jeździliśmy na wspólne wycieczki. Wszyscy bardzo się lubiliśmy, mogę śmiało powiedzieć, że byliśmy jak jedna rodzina. Ale może już wystarczy tych sensacji?

Dobrze, postawmy tu kropkę. W czym się wtedy grało?

- O tym można by książkę napisać. Getry były wełniane, więc jak namokły to dosłownie opadały na buty i przeszkadzały w grze. Podobnie jak koszulka, która gdy popadał deszcz, wyglądała jak damska koszula nocna. Sięgała do kolan, a jaka była przy tym ciężka! Najgorsze było jednak co innego. Dostać namokniętą piłką w głowę. A, że była skórzana i sznurowana, to nic przyjemnego.


A korki?

- Jakie korki. To były tzw. buty „kolarskie”. Szewcy robili nam dopiero kołki, które przytwierdzali potem do butów. A służyły do tego specjalne gwoździe. Zdarzało się, że grało się na lekko przetartych kołkach, z których wystawały…

...gwoździe?!

- A jak! Gdy piłkarz wykonywał wślizg i trafił takimi butami z wystającymi ostrymi zakończeniami w nogę rywala, to chyba rozumiesz, co się działo. Dlatego sędziowie przed meczem sprawdzali zawodnikom obuwie, także każdemu rezerwowemu, żeby chociaż stwarzać pozory, że dbają o bezpieczeństwo zawodników. Niejednego widziałem jak biegał z kołkami, z których wystawały gwoździe.

Grałeś w jakimś meczu, który ewidentnie był ustawiony?

- Na pewno był taki jeden. Trener wystawił w pierwszym składzie kilku rezerwowych zawodników. Byliśmy tym mocno zdziwieni. Graliśmy przeciwko Gwardii Warszawa, a że był to klub milicyjny, to prawdopodobnie przyszedł rozkaz z góry, że „mundurowi” Gwardziści muszą zwyciężyć.

Wygrali?

- No pewnie, ale mieliśmy skończyć z tymi sensacjami.

Nie chcę dorabiać ideologii, ale jesteś jednym z ostatnich żyjących piłkarzy, którzy w sezonie 1962/63 wywalczyli z Górnikiem awans do II ligi?

- (Andrzej Bilski ukradkiem zerka na pamiątkowe zdjęcie). Na to wychodzi.

Spotykacie się ze sobą czasami?

- Niestety nikt nie przywiązuje do tego już większej wagi, a szkoda...


Rozmawiał Tomasz Piasecki

Fot. (red)


Czytaj też:
GÓRNIK WAŁBRZYCH: PO MECZU BEZ GOLI AWANS W KIESZENI
PIŁKA NOŻNA WAŁBRZYCH: JAK ZAWALNIAK ŚLĄSKA POGRĄŻYŁ

GÓRNIK WAŁBRZYCH: JAK POŁĄCZONO DWIE "BIDY"...
ZAGŁĘBIE WAŁBRZYCH: KIEDY JEST SIĘ TRZECIĄ SIŁĄ W POLSCE
SUKCESY Z KOMUNISTĄ W NAZWIE


Artykuł ukazał się na łamach tygodnika "WieszCo" - pełny numer tygodnika do pobrania w formacie PDF na stronie www.wieszco.pl.