Wałbrzych to wielokulturowe miejsce, które po 1945 roku stało się przestrzenią, do jakiej zjechali ludzie z różnych stron Polski i Europy. Tu na miejscu dość szybko zaczęły zacierać się różnice w stroju i języku, ale jeszcze długo przetrwały wyjątkowe zwyczaje. Pamiętacie jakieś? Artykuł z najnowszego numeru tygodnika "Wiesz Co".


Te w obrzędowości rodzinnej, kultywowanej w wierzeniach, rytuałach i ceremoniach związanych z narodzinami, zaślubinami i śmiercią.

Kobieta przy nadziei


Dla wszystkich grup kulturowych dziecko było błogosławieństwem, a kobietę w ciąży darzono powszechnym szacunkiem. Nazywano ją ,,brzemienną”, mówiono też, ,,że chodzi grubo" lub ,,chodzi w niedzielach”. W trosce o kobietę w ciąży i zdrowie przyszłego dziecka, stosowano różne ograniczenia terytorialne i funkcjonalne, m.in. kobieta w ciąży nie mogła brać udziału w pogrzebie (aby dziecko nie miało trupiego koloru), trzymać do chrztu innego dziecka (jedno z nich mogło umrzeć) czy być druhną. Odmienny stan długo zachowywano w tajemnicy, a informowano o nim najpierw najbliższą rodzinę.

Nie kupowano sprzętu i odzieży dla dziecka przed narodzinami, a płeć oceniano bo wyglądzie ciężarnej kobiety. Dziewczynka odbierała matce urodę, chłopiec dodawał. Wśród repatriantów ze Wschodu można było spotkać wróżenie z obrączki, tj. kobiecie w ciąży wyrywało się najdłuższy włos i zawieszało na nim obrączkę, a następnie spuszczało nad lewą ręką. Jeśli kręciła się w kółko, zwiastowała dziewczynkę, w linii prostej – chłopca. Osadnicy i repatrianci rozpoznawali płeć też po kształcie brzucha. Ten ukształtowany do dołu i w szpic prognozował chłopca, szeroki i wysoko usytuowany – dziewczynkę.

Narodziny dziecka i chrzest

Do lat 50. XX w. porody odbywały się z reguły w domu, przy pomocy akuszerki, nazywanej także ,,babką”, ,,ciotką” albo ,,hebamą”. Często takie funkcje spełniały Niemki, które dzięki temu zyskiwały sobie szacunek w lokalnej społeczności. Stosowaną praktyką było obmywanie kobiecie twarzy łożyskiem, co miało jej dać urodę i na długo zachować młodość. Łożyskiem nacierano też dzieci, aby nie miały znamion.

Wśród odsadników i repatriantów ze Wschodu funkcjonowało wierzenie, że do pierwszego karmienia nie należało dziecka przystawiać do lewej piersi, aby nie było mańkutem. We wszystkich grupach kulturowych ojcowie świętowali ,,pępkowe”. Nieraz po kilka dni. Powszechnym zwyczajem było odwiedzanie położnicy i nowo narodzonego dziecka. Ale u repatriantów ze Wschodu był zwyczaj odwiedzania położnicy nie tylko przez najbliższą rodzinę, dlatego jeśli w danej społeczności, różnorodnej kulturowo, nie wszyscy sąsiedzi przychodzili z odwiedzinami, młode matki odbierały to jako afront.

Położnice w środowisku Francuzów obdarowywano ,,chrustem”. Imiona nadawano ,,przyniesione z kalendarza”, czyli patrona danego dnia. W rodzinach francuskich jeszcze do lat 80. XX w. nadawano imiona... francuskie. Dla Niemek wychodzących za mąż za Polaków istotne było, aby dziecko miało jedno imię polskie, a drugie niemieckie. Dbano, aby dziecko ochrzcić jak najprędzej, najlepiej do 6. tygodnia życia. Zasadniczą różnicę kulturową było widać w kolorze stroju do chrztu. Osadnicy ubierali chłopców na niebiesko, a dziewczynki na różowo. Repatrianci ze Wschodu odwrotnie – tłumacząc, że Matka Boska chodziła w błękitach, a Pan Jezus w purpurze. I mimo że w latach 70. XX w. wprowadzono biały strój do chrztu, osadnicy ,,zaznaczali” płeć dziecka, kładąc na becik np. różowe goździki dla chłopca.

Pielęgnacja dziecka i roczek

Bardzo ważna była pierwsza kąpiel – woda nie mogła się zagotować, aby dziecko nie było ,,w gorącej wodzie kąpane” , czyli popędliwe i niecierpliwe. W powojennych latach w pierwszej kąpieli pomagała akuszerka. Do wody wrzucała dziewannę (dla dziewczynki, aby rosła wysoka i zgrabna), wlewano mleko (na siłę) i dosypywano sól, która pełniła funkcję ochronną i konserwującą to, co dobre. W środowisku reemigrantek, repatriantek i osadniczek, po kąpieli dziecku smarowano rączki spirytusem. Reemigrantki ze wschodu dodatkowo owijały dziecko ,,na sztywno”, co miało zapobiec deformacji kręgosłupa, ale budziło zdziwienie Niemek i reemigrantek. Przeciw urokom złych oczu przyczepiano do wózka czerwoną wstążeczkę.

Od repatriantek przyjął się zwyczaj, że dodatkowo doczepiano medalik z Matką Boską. W lokalnej społeczności były kobiety, głównie repatriantki, rzadziej osadniczki, które potrafiły ściągnąć urok, np. wywiniętą na lewą stronę bielizną dziecka w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara przetrzeć czółko płaczącego, a następnie z czółka ,,spić” całą sól i splunąć w cztery strony świata.

Wierzono, że dziecku do roku nie wolno obcinać włosów (bo skróci się rozum) oraz obcinać paznokci (obgryzano), ani przechodzić nad dzieckiem, bo nie urośnie. Była jeszcze jedna zasadnicza różnica kulturowa. Niemcy przywiązywali wagę do daty urodzin, pozostali, do daty imienin. Wyjątkiem był roczek, obchodzony w każdej grupie kulturowej. Repatrianci podczas uroczystości układali przed dzieckiem przedmioty symbolizujące przyszłe zajęcia lub upodobania: portfel, kieliszek, grzebień, różaniec, książkę, a nawet węgiel. Na podstawie tego, co dziecko chwyciło do ręki jako pierwsze, wróżono, czy będzie bogatym (portfel), czy może górnikiem (węgiel), księdzem albo pijakiem.

Wybór małżonka i wesele


Do II wojny światowej równość majątkowa i społeczna były nadrzędnymi kryteriami wyboru małżonka. Ale w Wałbrzychu każdy zaczynał ,,od nowa”, także w kwestii ,,dorabiania się”, więc straciły one na wartości. Pod uwagę brano jednak pochodzenie przyszłego kandydata, bo w powszechnej opinii to ono determinowało charakter. Tutaj dużą rolę odgrywały stereotypy. Repatrianci uważali się za kandydatów bardziej pracowitych i zaradnych niż inni, z większym majątkiem, kulturalnych i spokojnych. Chętniej za małżonków brali osoby ze swojej grupy. Uważali oni, że osadniczki są mniej gospodarne, a osadnicy hałaśliwi i skłonni do kłótni.

Osadnicy natomiast uznawali reemigrantów za bardziej tradycyjnych i obawiających się wszelkich nowości, jakie niósł współczesny świat. Ich zdaniem kobiety osadniczki miały zmysł do urządzania wnętrz i lepiej dbały o gospodarstwo. Zarzucali repatriantom zarozumiałość i wyolbrzymianie majątku pozostawionego na wschodzie. Repatriantki z kolei nie chciały brać za mężów osadników zwanych ,,bosymi Antkami z centrali”, bo w ich opinii byli biedni. W samym Wałbrzychu jednak już w latach 50. XX w. zawierano małżeństwa mieszane kulturowo, głównie między reemigrantami z Francji i osadniczkami lub Niemkami. Inaczej było w powiecie. Tam najważniejsze, aby kandydat na męża był ,,swój”. Wynikało to z faktu, że w przeciwieństwie do przestrzeni miasta, wsie były zasiedlane jednorodnie, tzn. mieszkańcy danej wsi ze Wschodu byli osiedlani obok siebie.


Od lat 70. XX w. zmieniły się także kryteria doboru małżonka w powiecie: najważniejsze, aby kandydat ,,nie pił”, ,,pracował”, ,,dbał o rodzinę”. W środowisku Greków musiał jeszcze zapracować na rodzinę, bez konieczności pójścia do pracy kobiety. W latach 80. we wsiach powiatu mężczyźni mieli problem ze znalezieniem kandydatki na żonę, bo kobiety wybierały miasto. Nie chciały ciężko pracować na roli. Stąd też korzystano z pomocy tzw. swatów. Dla wszystkich grup kulturowych dzień ślubu był bardzo ważny, więc starano się dochować wszelkich zwyczajów i przestrzegać nakazów, aby przyszłe życie było zgodne i szczęśliwe.

Nie brano ślubu w listopadzie (miesiąc zmarłych) i w maju (,,ślub majowy, grób gotowy”). We wsiach powiatu śluby najczęściej odbywały się po żniwach, kiedy nie było już czasochłonnych czynności w polu, a fundusze ze sprzedaży plonów pozwalały zorganizować huczne weselisko. Bo takie musiało być. Powszechne było wierzenie, że pan młody nie powinien oglądać panny młodej w sukni ślubnej przed ceremonią. Czynienie zgiełku przez dzieci lub w ogóle czynienie hałasu podczas drogi młodej pary do kościoła miało pełnić funkcje ochronną.

Pozostałością tego wierzenia jest np. trąbienie samochodów w orszaku weselnym, a do niedawna nawet przyczepianie puszek. We wszystkich grupach kulturowych znane było wierzenie związane z aurą: im bardziej pogodny dzień, tym zgodniejsze pożycie małżeńskie. Reemigranci obsypywali młodych – po wyjściu z kościoła – kwiatami, owsem, grochem, żytem, z czasem ryżem. Wszystko, co niepoliczalne (ziarno) symbolizowało dostatek. W późniejszych latach obrzucanie po wyjściu z kościoła monetami miało jeszcze jedną funkcję. Które z młodych nazbierało ich więcej, miało trzymać kasę w domu. We wszystkich grupach kulturowych stawiano młodym bramy, co w kulturze symbolizuje granicę. Aby ją przekroczyć, należało wymienić się darami – młodzi z reguły musieli wykupić się wódką. W powojennych latach prezenty były skromne, ale młodzi otrzymywali żywy inwentarz: krowę, świnię czy konia.

Rosół i wódka

Młodych przed wejściem na wesele witano tradycyjnie chlebem i solą. Chleb symbolizuje dostatek i pomyślność, a sól ma ,,zakonserwować” ten stan. Menu uczty weselnej także było – jeszcze w powojennych czasach – uwarunkowane regionalnie, choć trzeba przyznać, że rosół i wódka musiały być na każdym weselu. Przy czym u osób z okolic Rzeszowa podawano rosół z wieprzowiny, osadnicy z Wielkopolski raczyli gości rosołem z drobiu i wołowiny, a nawet czerniną. Ta ostatnia nie wszystkim przypadała do gustu, więc z czasem zniknęła z menu. Do rosołu musiał być koniecznie ,,swój”, czyli ręcznie robiony makaron.

U repatriantów na stole można było spotkać pierogi z serem i ziemniakami (,,ruskie”), a nowością były makarony, które zastąpiły mamałygę. Dużą popularnością w środowisku repatriantów cieszyły się gołąbki. Do lat 70, XX w. menu było uwarunkowane albo regionalnie, ze względu na pochodzenie rodziny, albo podawano to, w czym specjalizowały się wynajęte kucharki. Z czasem kryterium stało się to, co modne. W środowisku repatriantów po wojnie podawano jeszcze korowaj, ale z czasem, zgodnie z modą, zastąpił go tort.


Redakcja na podstawie rozmowy z Moniką Bisek-Grąz

Fot. użyczone (Archiwum rodzinne Piotra Frąszczaka)

Ślubne zdjęcie panny młodej spod Krakowa z kawalerem, repatriantem z Francji. Końcówka lat 40. ubiegłego wieku



Dla wszystkich grup kulturowych potomstwo było błogosławieństwem. Na zdjęciu kobieta trzyma dziecko do chrztu przed budynkiem teatru w… Szczawnie-Zdroju przy ul. Chopina



Dawniej dbano o to, aby dziecko ochrzcić jak najprędzej, najlepiej do 6. tygodnia życia




Czytaj też:
WAŁBRZYCH: MIASTO OSIEMNASTU NARODÓW