Trwa projekt Muzeum Migracji w Przyczepie Niewiadów stojącej obok Biblioteki pod Atlantami. Dziś o godz. 14.00 zapowiadane jest otwarcie wystawy będącej jego podsumowaniem, odbył się też cykl warsztatów dziennikarsko-historycznych dla młodzieży i spotkania z osiedleńcami, a kulturoznawczyni Monika Bisek-Grąz opowiadała młodzieży o wałbrzyskim tyglu wielokulturowym w pierwszych latach powojennych.

Wałbrzyska Wieża Babel

- Wałbrzych jest fascynującym miastem, bo po roku 1945 w krótkim czasie nastąpiła tutaj całkowita wymiana ludności. Nie ma takiego drugiego miasta w Polsce, w którym powstałby taki tygiel wielu kultur i takie spotkanie wielu tradycji – mówiła Monika Bisek-Grąz.

Jak mówi kulturoznawczyni, w nowym polskim mieście spotkali się wtedy repatrianci z Kresów, głównie z Borysławia, skąd po przesunięciu granic musiało wyjechać 40 000 Polaków, osadnicy, czyli mieszkańcy z innych regionów Polski, zniszczonych przez wojnę, Żydzi w liczbie 7000, którzy po przetrwaniu obozów koncentracyjnych nie chcieli już wracać do miast, gdzie były getta, Grecy, których 700 zamieszkało w Wałbrzychu, a 70 w Głuszycy, Polacy z Francji i Westfalii, Czesi, Jugosłowianie i Romowie, a także 15 000 sowieckich żołnierzy. Na miejscu zastali oni Niemców, z których część pozostała, bo wciąż zatrudniano ich jako fachowców w kopalniach i sudeckich autochtonów, przez Niemców uważanych za Polaków, a przez Polaków – za Niemców. Na początku lat 50-tych według biura ewidencji Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Wałbrzychu mieszkało 18 narodowości.

Nie obyło się bez tragedii, choć na miasto w czasie wojny nie spadła ani jedna bomba. – Kiedy do Wałbrzycha zbliżała się Armia Czerwona, Niemcy w ciągu jednej nocy popełnili 300 samobójstw ze strachu przed nią. W późniejszym okresie też odbierali sobie życie. Ojcowie rodzin zabijali dzieci, żony a na końcu siebie. Temat samobójstw Niemców często pojawia się w relacjach przybyłych tu Polaków – mówiła Monika Bisek Grąz.


Stereotypy

Te osiemnaście narodowości zajmujących mieszkania w mieście dość chaotycznie musiało się potem jakoś dogadać. Jak wspominali uczestnicy spotkania, normą były wielonarodowe kamienice, gdzie na podwórzach kobiety z Kresów z charakterystycznym zaśpiewem kłóciły się z osadnikami, Francuzi hodowali króliki i wykorzystywali skrawki ziemi, by uprawiać warzywa, Grecy śpiewali swoje piosenki, a dzieci, które nie potrafiły się ze sobą dogadać, na migi porozumiewały się w piaskownicy.

Taki kulturowy konglomerat sprzyjał tworzeniu się stereotypów, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Na przykład przybyszów z Kresów określano jako „Ukraińców”, co ich bardzo bolało, bo w wielu wypadkach ledwie uszli oni z życiem z rzezi wołyńskiej i innych nacjonalistycznych aktów przemocy na Ukrainie. Osadnicy z kolei, z jednej strony postrzegani jako solidni pracownicy, z drugiej mieli opinię szabrowników, bo i tacy przecież przyjechali po wojnie do Wałbrzycha z całej Polski, a potem wyjeżdżali z czym się dało. (Nie bez kozery Plac Grunwaldzki nazywany był wtedy Szaberplacem). Polscy górnicy z Francji, którzy zjawili się w Wałbrzychu na zaproszenie władzy ludowej, byli często rozczarowani tym, co zastali, a że przymuszano ich do wstąpienia do partii i nie byli zbyt religijni, byli wrogo traktowani jako „komuniści”. Kresowiacy mieli opinię ludzi dumnych i kłótliwych, którzy wszystkim opowiadali o swoich jakoby wielkich utraconych majątkach na wschodzie, ale słynęli też z gościnności i świetnej kuchni. Autochtoni z kolei byli uważani za Niemców, którzy nie chcą być przesiedleni i dlatego udają Polaków.

Z tych wszystkich przyczyn Wałbrzych nazywano po wojnie w Polsce Wieżą Babel albo Małpim Gajem, bo przecież ze wszystkich stron oprócz zwyczajnych poszukiwaczy lepszego życia, zjeżdżali tu także ludzie, którzy mieli coś na sumieniu i szukali bezpiecznej anonimowości. I ci, którzy musieli się ukrywać przed nową władzą.


Ponad stereotypami

Zarządzenia ówczesnych władz miasta pogłębiały przepaść między Polakami a Niemcami. Nie zalecały one związków małżeńskich z Niemcami, a za tę samą pracę, co Polacy uzyskiwali oni niższą płacę.

Zderzenie kultur powodowało ich zmieszanie. Przybysze z różnych stron przedwojennej Polski widząc, że tu na „zachodzie” wszyscy ubierają się „modnie”, pochowali do kufrów swoje regionalne stroje, a kobiety z Kresów zdjęły z głów chustki. Mieszkanie razem powodowało, że praktyczna strona życia brała górę nad stereotypowymi podziałami i mieszkanki Kresów pokazywały Niemkom, jak się zasala żywność, a one uczyły swoje sąsiadki, jak się ją pasteryzuje. Najdłużej swoją odrębność – szale i charakterystyczne berety, zwyczaj grania w bule i hodowania królików oraz świń, powściągliwość wobec alkoholu i przydomowe ogródki – zachowali przybysze z Francji. Oni i Grecy boleśnie odczuwali nostalgię za opuszczonymi krajami. Grecy rekompensowali ją sobie imprezami ze śpiewem i winem, ich ulubionym lokalem była „Afrodyta” naprzeciwko Starej Kopalni.

Taki stan rzeczy trwał przez pierwsze lata powojennego Wałbrzycha, o czym Monika Bisek-Grąz pisała w swojej książce „Powojenny Wałbrzych. Miasto kultur” wydanej w 2009 roku. Dziś ta przeszłość wydaje nam się fascynująca, a wałbrzyszanie coraz częściej poszukują swoich korzeni i dociekają, czemu dziadek nie jadł śledzi w śmietanie (bo był Grekiem, a Grecy nie łączyli ryb i nabiału), albo czemu na rodzinnych fotografiach dziewczynki są do chrztu ubierane na niebiesko, a chłopcy na różowo, choć dziś te kolory stosuje się odwrotnie. A tak właśnie przystrajano dzieci na Kresach.

Czytaj też:
UWIECZNIŁ WAŁBRZYCH, KTÓREGO JUŻ NIE MA
PAMIĘTALI O OBROŃCY WESTERPLATTE
SĄ ZDJĘCIA - BĘDZIE PRZEDSTAWIENIE W WALIMIU
SPACEROWALI PO HISTORYCZNYCH DZIELNICACH WAŁBRZYCHA
HISTORIA SPOTKAŁA TERAŹNIEJSZOŚĆ W JACZKOWIE

Tekst i foto: Magdalena Sakowska