Magdalena Grzebałkowska spotkała się w Bibliotece pod Atlantami z czytelnikami. Podczas promocji jej najnowszej książki "Komeda. Osobiste życie jazzu" było sporo o jazzie, życiu bohemy, ale też o pianinie Komedy z Wałbrzycha i pewnym napadzie sprzed lat.

Spotkanie poprowadzone przez Dorotę Sternik cieszyło się dużą popularnością, w Galerii pod Atlantami można też było kupić książki pani Magdaleny w dobrej cenie.

Wałbrzyskie tropy

Niemal dwa lata temu Magdalena Grzebałkowska odwiedziła Wałbrzych promując w Atlantach swoją książkę nt. Beksińskich, a także w ramach kompletowania materiałów, które posłużyły do napisania promowanej obecnie książki... Przechadzka ta zaprocentowała. - Nie udało mi się tutaj spotkać nikogo, kto by znał Komedę, bo on tu mieszkał niecały rok. Poszliśmy do szkoły, do której on chodził, ale to był weekend i szkoła była zamknięta. Byłam pod domem, w którym mieszkali Trzcińscy i gdzie w pracował jego ojciec. Z tym bankiem wiąże się też historia napadu związana z Krzysiem i jego siostrą. Młodzi przeżyli bardzo to wydarzenie, a sprawcą napadu był jakiś szabrownik - wspomina wywodząca się z Sopotu pisarka. Trzcińscy mieszkali w naszym mieście około roku w kamienicy na ul. Słowackiego 23a na przełomie lat 1946 - 1947. Krzysztof był wówczas nastolatkiem i uczęszczał do szkoły na Nowym Mieście - w dzisiejszym I LO.



Pisarka sprawdziła, o czym pisały ówczesne gazety w naszym mieście i czy w lokalnej rozgłośni radiowej w tamtym okresie można było posłuchać jazzu. - Każde miasto w którym mieszkał lub pracował stara się udowodnić, że to właśnie w nim narodził się talent i zamiłowanie Krzysztofa do jazzu. Za każdym razem odpowiadam, że to możliwe. W Wałbrzychu w tamtym okresie można było posłuchać w radiu Orkiestry Haralda, blisko tu też zachodniej granicy, możliwe więc, że można też było odbierać audycje muzyczne nadawane dla żołnierzy amerykańskich stacjonujących w Niemczech - zaznacza reporterka i przytacza też inne miejskie sentymenty do światowej sławy kompozytora... Jego talent miał się wykluć też m.in. w Częstochowie, Giżycku, Poznaniu... Żadna z opcji nie jest przez biografkę przekreślana.


Trzciński uczęszczał w Ostrowie do szkoły muzycznej, ale w Wałbrzychu nie był do niej zapisany. - Prawdopodobnie dlatego, że jego rodzina przewidywała, że wkrótce stąd wyjedzie - tłumaczy pisarka. Z Wałbrzychem wiąże się też historia pianina Trzcińskiego. - Pianino to zostało zakupione w Wałbrzychu i na nim Krzysztof pracował przez wiele lat. Instrument ma naklejkę nad klawiaturą z napisem Waldenburg i nazwiskiem sprzedawcy. Pochodzi z jakiegoś przedwojennego składu instrumentów, domyślić się można, że po wojnie to pianino zostało zdobyte na drodze szabru. Instrument do dzisiaj jest w posiadaniu rodziny - stoi w dawnym domu siostry Krzysztofa w Poznaniu. Co ciekawe, to przedwojenne pianino po śmierci artysty nigdy nie było strojone. To Krzysztof grał na nim ostatni, a po nim już - zgodnie z wolą matki i jego siostry - nikt nie zagrał, bo jest rozstrojone - opowiada gość Atlantów.  

Życie rodzinne celebryty

Podczas rozmowy z moderatorką i czytelnikami pani Magdalena zdradzała szczegóły dotyczące życia rodzinnego Trzcińskich, ich charakterów i wpływu np. apodyktycznej matki na obrany przez Krzysztofa kierunek studiów. Został on laryngologiem choć jeszcze przed studiami zrozumiał, że jego zamiłowanie do jazzu nie jest przelotną miłostką. Nie bez znaczenia dla charakteru tego wybitnego muzyka - zdaniem biografa - było przebycie w dzieciństwie polio i utykanie w życiu dorosłym. To "procentowało" nieśmiałością i rezerwą. "Komeda. Osobiste życie jazzu" to też studium rozwoju polskiego jazzu, który do odwilży 1965 roku był przez komunistyczne władze nie tyle zakazywany, co źle widziany. - Krzysztof szybko odniósł sukces artystyczny, ale nie finansowy - ten przyszedł znacznie później. Jak z żoną mieszkał w Krakowie nie stać ich było nawet na bilety tramwajowe i przeważnie chodzili po mieście piechotą. Przed występem w Sopocie był doskonale znany w środowisku, wyróżniał się grą na fortepianie - opowiada autorka. Przełomem był występ w Sopocie, zespół 6 nieznanych ludzi stał się nagle znany i popularny, byli kimś w stylu precelebrytów.



Nie zabrakło ciekawostek dotyczących historii innych instrumentów zespołu Komedy, zamiłowania celebrytów do motoryzacji, informacji o jego znajomych i przyjaciołach, a także burzliwej historii małżeństwa z Zofią, stosunkach z synem Zofii, znajomości z Polańskim, czy roli Krzysztofa w wypromowaniu Urszuli Dudziak. - W 1967 roku Krzysztof wyjechał do USA, miał podpisane dwa kontrakty z wytwórniami filmowymi. To niebywały sukces, takie przypadki są rzadkie nawet dziś. 12 października 1968 roku był dla Komedy dniem feralnym, nieszczęśliwym zbiegiem wydarzeń - wyjaśnia pisarka, nie pomija też teorii spiskowych wysnuwanych po śmierci Komedy, Hłaski i kilku osób z tego kręgu towarzyskiego. Plotki mówiły o tym, że tragiczne wydarzenia tamtych miesięcy miały związek z siłami nieczystymi. Szczegóły pojawiają się na kartach biografii.



Krzysztof Trzciński (ur. 27 kwietnia 1931 w Poznaniu, zm. 23 kwietnia 1969 w Warszawie) żył niespełna 38 lat i pozostawił po sobie dużą spuściznę muzyczną, najnowsza biografia mówi o niej, ale jej główny akcent położony jest na życiu prywatnym artysty. - Każdy biograf patrzy inaczej - ja reportersko. Dla mnie najważniejsze były rozmowy z ludźmi - czego słuchali, jak mieszkali, co jedli i czym ogrzewali mieszkanie. Jako pierwsza z biografów Komedy podczas zbierania materiałów byłam też w Wałbrzychu - roku życia nie można pominąć - dodaje Grzebałkowska.
Dzięki niej, ten rok w naszym mieście i w życiu wybitnego kompozytora jest czymś więcej niż jednozdaniową wzmianką w tekście. Grzebałkowska przywróciła Wałbrzychowi Komedę. 



Polecamy też: MAGDALENA GRZEBAŁKOWSKA: SPACER PO WAŁBRZYCHU POMOŻE?

Elżbieta Węgrzyn