Rodzice jej ojca pobrali się na początku stycznia 1900 roku w Kościele Pokoju w Świdnicy. Byli pierwszą parą małżeńską, jaka wzięła tam ślub w nowym stuleciu. Ona urodziła się, wychowała i przeżyła wojnę w Wałbrzychu. Pamięta powojenne wigilie w naszym mieście. Przed laty nagrała swoje wspomnienia, to prawdziwa kopalnia wiedzy o powojennym Wałbrzychu.

Kilka lat temu Biblioteka pod Atlantami w Wałbrzychu zorganizowała konkurs  „Moja rodzina pochodzi z...”. Wygrała go praca pani Ewy Synowiec, skromnej mieszkanki Starego Zdroju. Okazało się, że urodzona w 1934 roku pani Ewa przeżyła w Wałbrzychu wojnę i sowieckie "wyzwolenie", a także epokę stalinizmu. Jej wspomnienia z okresów przełomowych są wyjątkowo cenne. Zapytaliśmy ją jak wyglądały święta w wielokulturowym mieście sprzed lat. Niewielu jest w naszym mieście wałbrzyszan z tak wielokulturowymi korzeniami. Pani Ewa Synowiec, z domu Okon, jest właśnie jedną z nich.


Dzieciństwo podczas wojny

Pamiętam wiele świąt Bożego Narodzenia, spędzonych w Wałbrzychu, choć najbardziej utkwiły mi w pamięci zimy, jakie nastały tuż po wojnie. To czas mojego dzieciństwa – Ewa Synowiec, mieszkanka Wałbrzycha wspomina miasto, jakiego już nikt nie pamięta.

Rodzice jej ojca pochodzili z tego regionu, poznali się i pobrali się na początku stycznia 1900 roku w Kościele Pokoju w Świdnicy, skąd wywodziła się panna młoda. Byli pierwszą parą małżeńską, jaka wzięła tam ślub w nowym stuleciu. Jej ojciec urodził się w 1904 roku w ówczesnym Waldenburgu, tu też chodził do szkoły, a następnie pracował jako inżynier w Carls-Hütte, czyli Hucie Karol w dzielnicy Piaskowa Góra. Podczas wyjazdów w delegację do Halle w Saksonii poznał swoją przyszłą żonę, którą po siedmiu latach narzeczeństwa przywiózł w ukochane Góry Wałbrzyskie i poślubił.

Pani Ewa - rdzenna wałbrzyszanka, była jedynaczką, co w tamtym okresie było rzadkie i sprzeczne z polityką Rzeszy. – Urodziłam się w 1934 roku w Wałbrzychu, a moja rodzina mieszkała na ulicy Marconiego nieopodal kościoła na Starym Zdroju. Jak miałam cztery lata, przenieśliśmy się z rodziną na ulicę Giserską, gdzie zostałam do dziś - wspominała w 2009 roku tuż po tym, jak jej wspomnienia zyskały laury w bibliotecznym konkursie.

fot. w okresie wojny młoda część Starego Zdroju na Wzgórzu Gedymina

Spokojne i szczęśliwe dzieciństwo rozpieszczanej jedynaczki przerwała wojna. Kobiety płakały, mężczyźni byli zaniepokojeni, a mała pięcioletnia Ewa nie rozumiała, co się dzieje. Wciąż żyła beztroska i do 1945 roku chodziła do szkoły. Jej chory przewlekle na cukrzycę ojciec nie został powołany do wojska, a jego brata, który zginął podczas walk w Estonii, ledwie pamiętała. Wojenny system sprzedaży żywności na kartki dawał się we znaki państwu Okon zwłaszcza w okresie świąt. – W sklepach brakowało wielu produktów, a mój ojciec, czyli urzędnik niepracujący fizycznie dostawał najniższe przydziały żywnościowe.

Przygotowania przedświąteczne podczas wojny polegały między innymi na sąsiedzkiej wymianie produktów. – Mama kupowała masło od sąsiadki, która dla ośmiorga dzieci dostawała go tyle, że nie wiedziała, co z nim zrobić. Nie było szans, by gdziekolwiek zdobyć owoce cytrusowe czy czekoladę. A ja jako dziecko byłam niejadkiem – opowiada pani Ewa z uśmiechem.

Starsza pani pamięta swojego przedwcześnie zmarłego ojca jako dobrego i mądrego człowieka. Ciągle się uczył, znał języki obce, rozumiał świat i potrafił przewidzieć, czym skończy się polityka Hitlera. Spodziewał się wielkiego dziejowego nieszczęścia i dlatego nie chciał mieć więcej dzieci. Szanował wszystkich i sam niewiele mając pomagał, najpierw pracownikom przywiezionym do Huty Karol, a potem nowym sąsiadom z Borysławia.


Po wojnie trzeba było być otwartym i przedsiębiorczym

Wałbrzyszanie nie odczuwali wojny, bo front omijał miasto, nie było też żadnych bombardowań. Rosjanie nie napotkali tu na opór, a ich zwiastujące pokój czołgi przejechały ten teren bez przystanku. Radości z końca wojny towarzyszył niepokój, Sowieccy żołnierze dostali od dowództwa dobę, podczas której mogli w Wałbrzychu robić, co chcieli. Najbardziej poszukiwano cennych łupów i kobiet. – Nam dzieciom nic nie groziło, ale całą rodziną przenieśliśmy się na noc do dziadka. Nie zamykaliśmy drzwi, by nie musieć zmieniać zamków, a potem wróciliśmy do splądrowanego mieszkania. Mama płakała, a ojciec powiedział, że nie dziwiło zachowanie wojska.

Powojenne święta przyszło rodzinie pani Ewy spędzać w poszerzonym składzie. – Władze nakazały nam przyjąć pod swój dach nieznaną, obcą osobę, byłego partyzanta Stefana Rudnickiego. Przyjechał do nas mając osiemnaście lat i stał się członkiem rodziny. 
W ten sposób jedynaczka na kilka lat zyskała starszego brata. Jednej zimy, Stefan poprosił Ewę o pomoc w wybraniu z lasu choinki dla swego wuja, który mieszkał na ulicy Sienkiewicza. Wdzięczny starszy pan podziękował dziewczynce banknotem. – Dumna kupiłam za te pieniądze białej kiełbasy, która mi bardzo smakowała, a nie można jej było kupić podczas wojny. Mamie przyniosłam kawy, a tacie i dziadkowi tytoń - opowiada wałbrzyszanka. Przedsiębiorcza dziewczynka dostarczała do domu obiady z kuchni dla radzieckich żołnierzy, a jak znalazła, z innymi dziećmi, stary niemiecki magazyn cukru, to przytargała do domu na wózeczku worek ważący 100 kg.

fot. jakim transportem poruszali się wałbrzyszanie w latach 40. i 50.?

Do 1948 roku Ewa uczyła się w domu, bo od wojny nie było szkół dla niemieckich dzieci. Potem młodą Niemkę ojciec zapisał do polskiej szkoły. W szkole i na podwórku spotykało się wiele dzieci różnych narodów. Wałbrzyscy nauczyciele, by porozumieć się z takim tyglem narodowościowym musieli znać języki obce. Dzięki tej różnorodności dzieci poznawały zwyczaje codzienne i świąteczne polskich katolików przybyłych tu z centralnej Polski i Kresów Wschodnich, rosyjskich Żydów, oraz Polaków z Francji, Niemiec i Belgii. – Nauczyłam się podstaw rosyjskiego żołnierzy, ale początkowo po rozmowie z dziećmi polskimi i francuskimi bolały mnie ręce od pokazywania, o co mi chodzi – mówi rodowita wałbrzyszanka.


Uczyliśmy się od siebie

Po wojnie u wszystkich była taka sama bieda. Wszyscy mieli jednakowo mało. Nie byli wobec siebie wrogo nastawieni w szkole, ani w pracy. Pomagali sobie, poznawali się jako sąsiedzi i jako przyszli małżonkowie. Na przykład zmarły w 2008 roku mąż pani Ewy przyjechał z Belgii, tam kończył flamandzką szkołę podstawową.

Każda, przybyła na Dolny Śląsk grupa przywoziła swoje regionalne potrawy, przyzwyczajenia kulinarne i świąteczne. – Moja mama robiła pyszne pierogi, a dania serwowane podczas świąt przez Polaków z Kresów były pracochłonne i trudne do przygotowania. Teraz lubię buraki czerwone, ale w dzieciństwie nie jadłam czerwonego barszczu – młoda Niemka chętnie przyglądała się zwyczajom sąsiadów.
Przesiedleńcy z Borysławia podczas Wigilii kładli pod biały obrus sianko i gotowali w miedzianych garnkach. Mieli najpiękniejsze ozdoby choinkowe w kształcie kul. Ewangelickim dzieciom podobały się pięknie zdobione katolickie kościoły i często chodziły z katolikami na nabożeństwa. – Bardzo lubiłam chodzić na pasterkę. To dla dzieci była wielka atrakcja, iść do kościoła w środku nocy.

Wracająca z pasterki młodzież szukała rodziców po domach znajomych, bo wszyscy sąsiedzi i przyjaciele odwiedzali się wzajemnie. Chodzili z domu do domu i zapraszali się na poczęstunek. – Teraz ludzie zamykają się w domach i nie znają swoich sąsiadów, a tuż po wojnie Polacy i Niemcy, choć byli kiedyś wrogami, to jak się poznali zostawali najlepszymi przyjaciółmi – wspomina starsza pani.
Wśród jej znajomych było też kilku Żydów, jak szkolna koleżanka Wanda. Jej rodzina pochodziła z Bielska Białej, ale wojnę przetrwali w ZSRR. Wanda miała urodziny w Sylwestra i zapraszała koleżanki na urodzinowe spotkania. Podczas nich Ewa chętnie kosztowała nieznanych jej wcześniej smakołyków.



Życiowi rozbitkowie znaleźli tu dom

W latach 40. do Wałbrzycha przyjechało wielu wojennych rozbitków, których dziejowa zawierucha rzuciła na Dolny Śląsk. Państwa Okon często odwiedzał Olek, były partyzant ze wschodniej Polski. Podczas napadu UPA stracił on cały majątek oraz najcenniejsze dobro - żonę i jedynego syna. Po latach odwetu młody wdowiec szukał wewnętrznego spokoju, a rodzice Ewy pomogli mu go odnaleźć. – Olka irytowało, że po wojnie Niemcy musieli nosić na ramionach białe opaski i obowiązywała o 20 godzina policyjna – opowiada rdzenna wałbrzyszanka. W Sylwestra 1946 roku były partyzant zaprosił rodziców pani Ewy na zabawę, a oni poznali go z pracownicą Huty Karol, Haliną. Młodzi pobrali się wiosną 1947 roku i osiedli na stałe w Zgorzelcu.

Kilka lat po wojnie „przyszywany brat Ewy”, Stefan odnalazł swojego prawdziwego ojca, który wraz z Armią Andersa trafił do Wielkiej Brytanii. Młody człowiek próbował połączyć się z ojcem przekraczając zieloną granicę, ale został schwytany i trafił do więzienia. To była dla Okonów poważna strata. – Tęskniliśmy za nim. Poza tym w tamtym okresie wszystkiego nam brakowało, a Stefan pomagał, jak mógł – wspomina starsza pani. Na szczęście nowi, polscy sąsiedzi chętnie dzielili się z rdzennymi wałbrzyszanami darami, otrzymanymi jako pomoc z UNRR-y.




Park Sobieskiego w zimie - fot. Gerhard Kohlheim


Trudne święta w 1950 roku


Jesienią 1950 roku ojciec pani Ewy otrzymał upragniony wpis na listę osób wyjeżdżających do Niemiec. Bardzo chciał wyjechać. Liczył, że w tam będzie miał lepszą opiekę lekarską. Jego córka pamięta dziś ten okres następująco: – Chodziłam do szkoły średniej handlowej na Placu Grunwaldzkim. Byliśmy spakowani, ale zdrowie taty nagle pogorszyło się musiał iść do szpitala.

Do żony inżyniera przyszli tajniacy i powiedzieli, że pomimo starań, władze ludowe nie zezwolą na wyjazd z Polski cenionego fachowca. Dyrekcja huty wolała pozwolić mu na śmierć niż obniżyć normy produkcyjne. Święta 1950 roku były dla pani Ewy i jej mamy bardzo ciężkie. Niepewne swej przyszłości kobiety obserwowały pogarszające się zdrowie jedynego żywiciela rodziny. Ukochany mąż i ojciec gasł na ich oczach, a w lutym 1951 roku zmarł. – Mama do końca życia nie nauczyła się języka polskiego i nie pracowała. Miała tylko malutką rentę i mieszkała ze mną do końca życia. Zmarła w 1996 roku. Dzięki jej pomocy w domu mogłam w przyszłości pracować, nawet tuż po urodzeniu dziecka – mówi wałbrzyszanka. Bardzo brakowało jej ojca. Odszedł mając zaledwie 47 lat, a Ewa jako siedemnastolatka, potrzebowała jego wsparcia i rady.

Proponowano jej potem wiele razy by wyjechała na stałe do NRD, ale wolała zostać, bo tu założyła rodzinę i wrosła w to środowisko oraz mentalność. – Niemcy we wszystkim są skłonni do przesady, a w Polsce nawet w okresie PRL-u można się było czuć swobodnie. Lepiej niż w ówczesnej NRD. Tu czuję, że jestem w domu. Jestem tutejsza i chyba umarłabym z tęsknoty za moimi Wałbrzyskimi Górami.


Wspomnienia pani Ewy znajdziecie też na - https://www.memoryofnations.eu/en/synowiec-ewa-1934

Elżbieta Węgrzyn
tekst archiwalny

fotografie ilustracyjne - https://walbrzych.polska-org.pl
- Stary Zdrój w okresie Wojny
- Rynek w śniegu - lata
- Park Sobieskiego w zimie - fot. Gerhard Kohlheim