Gdzie w Świebodzicach może być nieznany portret księcia Bolka II Świdnickiego? Jak dziś wygląda tamtejszy zamek miejski i co średniowiecznego mają niektórzy świebodziczanie w swoich pokojach? Ile jest wersji Wielkiego Pożaru, co Hochbergowie mieli na stacji kolejowej, czemu dawne zakłady Sileny były wyjątkowe w całej Europie i czy Becker miał w herbie zegar?


Książę się modlił przed... swoim portretem?

Na te i inne pytania odpowiedziała świebodzicka regionalistka Róża Stolarczyk z Towarzystwa Miłośników Świebodzic, mieszkająca tam od urodzenia i zbierająca tajemnice historii tego starego miasta. Jak mówiła, jego historię tworzyły cztery rody - dwa książęce i dwa fabrykanckie. A jego nazwa po staropolsku i po niemiecku (Freiburg) oznacza Wolne Miasto. Pierwsza wzmianka - 1203.



A zaczęło się na dobre od księcia Bolka II zwanego Małym, który właśnie przez Świebodzice jeździł pomiędzy swoimi dwiema rezydencjami w Świdnicy i Książu. Jak mówiła Róża Stolarczyk, miał zwyczaj zatrzymywać się w kościele p. w. św. Franciszka, dziś w Cierniach (kiedyś w Pełcznicy), gdzie często z księżną Agnieszką uczestniczyli we mszy i chętnie fundowali jego wyposażenie. Kiedy w latach 60-tych XX wieku prowadzono prace konserwatorskie, pod warstwą tynku odkryto średniowieczny fresk przedstawiający olbrzymią - 5 metrów wysokości - postać św. Krzysztofa przenoszącego przez wodę małego Jezusa. Naukowcy datowali fresk na lata 1325-1350. Wizerunków świętego są w europejskich kościołach dziesiątki. Ale ten jest bardzo nietypowy. Święty ma na głowie mitrę książęcą, choć w jego biografii nie ma wątku książęcego pochodzenia.



- Dagmara Adamska odkryła, że ten fresk mógł ufundować książę Bolko II i że to może być jego jedyny portret sporządzony za życia. Św. Krzysztof z tego kościoła jest bardzo podobny do wizerunku Bolka II Świdnickiego na jego nagrobku w Krzeszowie - mówiła Róża Stolarczyk.



A jak to się stało, że cenne malowidła zniknęły pod warstwą tynku? Jak mówiła regionalistka, w 1924 kościół zamknięto z powodu niewielkiej liczby katolików w mieście - wystarczała im świątynia pod wezwaniem św. Mikołaja. Jedyną znaną wtedy metodą zabezpieczania takich fresków miało być ich zatynkowanie.

- W Prusach istniała specjalna instytucja zabezpieczająca i inwentaryzująca mienie zamykanych katolickich kościołów. Takim inwentaryzatorem był Hans Lusch, który przyjechał do kościoła św. Franciszka w okolicach tej daty. Spisał wszystkie cenne dzieła w kościele i dzięki niemu wiemy, że był on niemal cały pokryty wewnątrz freskami. Na suficie były herby, postacie św. Jadwigi Śląskiej i św. Agnieszki, na ścianach między innymi sceny Zwiastowania, Nawiedzenia, Ostatniej Wieczerzy, Ukrzyżowania, Koronowania Cierniem i Mater Dolorosa. Na sklepieniu byli przedstawieni ewangeliści, w nawie św. Mikołaj i św. Stanisław, i ogromna postać św. Krzysztofa między oknami. Wszystkie te freski są tam do dziś. Cały kościół był sponsorowany przez Bolka II i te freski też mogły być przez niego ufundowane - mówiła Róża Stolarczyk. Do tej pory poza św. Krzysztofem odsłonięto niewielkie fragmenty malowideł, między innymi Pokłon Trzech Króli.


Mury w pokojach i kamienica na zamku


Oprócz ozdobienia swojego ulubionego kościoła książę Bolko II zadbał też o mury miejskie, które po najeździe mongolskim były w kiepskim stanie. Widocznie denerwowały go za każdym razem, kiedy przejeżdżał. Wiadomo, że na ich odbudowę wyłożył spore sumy. - W Świebodzicach zachowało się około 70% murów miejskich. Nie wszystkie są widoczne, bo zostały do nich dobudowane domy z jednej i drugiej strony. Ktoś może dziś mieć mur średniowieczny we własnym pokoju - mówiła regionalistka.

A skoro mowa o średniowiecznych murach, może porozmawiajmy też o średniowiecznym zamku? Bo było raczej niemożliwe, aby piastowscy książęta ze Świdnicy, którzy budowali zamki wszędzie dookoła, nie postawili żadnego w Świebodzicach. Prawdopodobnie zrobił to budowniczy Książa, Bolko I Surowy i prawdopodobnie w czasie wojny 30-letniej obiekt spłonął i nigdy nie został odbudowany, a jego pozostałości służyły jako magazyn. Dziś może wygląda... tak.



Róża Stolarczyk jest bowiem zwolenniczką popularnej wśród niektórych historyków tezy, że zamek stał właśnie w tym miejscu, a to, co z niego zostało, na przełomie XIX i XX przerobiono na budynek mieszkalny, dziś na rogu placu Jana Pawła II. Jej zdaniem świadczą o tym potężne, sklepione średniowieczne piwnice, nijak nie pasujące do zwykłej kamienicy, a także jej nienaturalnie wysoki parter, bo nie pozwalały one na jego obniżenie. Zamek, jeśli istniał, był niewielką warownią obronną, a nie rezydencją. Mógł być w większości z drewna.


Wielki pożar, organy i luksusowa poczekalnia

Historia Świebodzic dzieli się na dwie ery - przed i po 26 lipca 1774, kiedy to drewniane miasto praktycznie zniknęło z powierzchni ziemi. Spłonęło 309 domów. Oficjalnym i zanotowanym w kronikach miejskim powodem miało być przewrócenie się świecy przy katafalku zmarłego lekarza Jana Christiana Lindnera. Jednak, jak mówiła Róża Stolarczyk, na rogu dzisiejszych ulic Kopernika i Słowackiego, gdzie pożar wybuchł, działała karczma i prawdopodobnie to jej pijani goście zaprószyli ogień, co odnotował w swoich zapiskach proboszcz parafii św. Mikołaja. Inni regionaliści podają kolejny powód - znacznie bardziej dramatyczny. Podobno za panowania króla Prus Fryderyka zwanego Wielkim stare drewniane miasta płonęły jak zapałki, a odbudowywano je już z cegły. I pewnego dnia przyszła kolej na Świebodzice...

- Ocalały tylko kościoły, choć kościół p. w. św. Mikołaja częściowo spłonął, kawałek miejskich jatek i kilka murowanych budynków. 80% miasta odbudowali jego  właściciele, Hochbergowie z Książa (zakupili oni miasto w 1509 roku). Jak kościół p. w. św. Franciszka księciu Bolkowi II, tak kościół p. w. św. Piotra i Pawła świebodziczanie zawdzięczają Hochbergom. To oni wyposażyli go w organy. Książę Jan Henryk XI był wielkim miłośnikiem muzyki i to jego organista z ewangelickiej parafii, nazwiskiem Engler, namówił do ich ufundowania. Książę chętnie przyjeżdżał później do świebodzickiego kościoła nie tylko na nabożeństwa, także na koncerty. Projekt kościoła też podobno przerobił całkowicie jeden z Hochbergów - mówiła Róża Stolarczyk.



W kościele jest loża książąt z ich herbem, a w kościele p. w. św. Mikołaja do dziś wisi krzyż, pamiątka po pierwszej księżnej Annie Emilii von Kothen-Pless. Hochbergom Świebodzice zawdzięczają też charakterystyczny dworzec kolejowy, w którym właściciele miasta mieli własny komfortowy salon, gdzie oczekiwali na pociągi albo na powozy do Książa.


Historia Kramstów i Beckerów wpisana w mury

Tyle samo co Hochbergom Świebodzice zawdzięczają rodowi von Kramsta, których mauzoleum znajduje się w środku świebodzickiego cmentarza.

- W 1971 roku pochowano tam kogoś, nie wiadomo kogo. Byłam świadkiem, jak przyjechał samochód i do mauzoleum przez okratowane drzwi wniesiono metalową trumnę, pastor odmówił modlitwę i po kilku dniach wejście do mauzoleum zamurowano. Prawdopodobnie został tam pochowany ktoś z rodziny na swoje życzenie - mówiła prowadząca wykład.

Pierwszy zakład tkacki rodu von Kramsta stał przy dzisiejszej ulicy Żeromskiego 2. Wizytowała go tam caryca Charlotta, żona Mikołaja I. Rodzina wybudowała też szpital na dzisiejszej ulicy Świdnickiej, opłacając lekarzy i personel, żeby mieszkańcy mogli z niego korzystać. Na ul. Zamkowej, Stawowej, Wolności stoją do dziś wybudowane przez Kramstów domy mieszkalne. Budynek dzisiejszego liceum został przez nich ufundowany jako przytułek dla kobiet samotnych i matek z dziećmi. A od 1905 mieszkańcy mogli dbać o czystość w nowej bezpłatnej łaźni miejskiej.



I ich dużą fabryką przędzalniczą była późniejsza Silena. - To tu w roku 1846 zamontowano pierwsze na kontynencie europejskim krosna przędzalnicze, wynalezione w Anglii, ale wprowadzane tam z oporami - mówiła Róża Stolarczyk. - Kramstowie założyli też w Świebodzicach park miejski z zastrzeżeniem, że zakupiony przez nich teren nigdy nie może zmienić przeznaczenia. Wybudowali również pałac, dziś zrujnowany, w którym po odkupieniu go przez miasto mieszkał burmistrz i urzędnicy.

Czwartą rodziną, która zmieniła oblicze Świebodzic, był Gustaw Becker z Oleśnicy, który swój pierwszy zakład zegarmistrzowski założył w 1847 roku. Jego znana na całym świecie fabryka zegarów produkowała też liczniki elektryczne i przyrządy nawigacyjne dla statków, na które nie miały wpływu sztormy i gwałtowne przechyły. Sam wynalazł tę nowatorską technologię. A w herbie miał kotwicę. Jego dom na ul. Łącznej pod numerem 51 stoi do dziś jako mieszkalny, otacza go park z pięknym starodrzewiem.



- Do dziś na budynku świebodzickiej poczty jest jego zegar i chodzi. A milionowy zegar z jego fabryki stoi do dziś w świebodzickim Termecie - mówiła regionalistka. Więcej o nim: 149 TYKAJĄCYCH EKSPONATÓW W MUZEUM PORCELANY (FOTO)

Pod koniec marca, podczas kolejnego odcinka historii na żywo w Książu Maria Sulecka z Muzeum Porcelany będzie opowiadać o wałbrzyskich kopalniach Hochbergów.

Czytaj też:
ŚWIEBODZICE: WIECZÓR Z KOŚCIOŁAMI I ICH NIEZWYKŁĄ HISTORIĄ (FOTO)

Więcej relacji ze spotkań z cyklu "Historia na żywo":
KSIĄŻ: ŚREDNIOWIECZNA TWIERDZA PIASTÓW ŚWIDNICKO-JAWORSKICH

CESARZOWA ANNA Z PIASTÓW I NIEZNANA CÓRKA BOLKA II?
GDY ZAMEK KSIĄŻ BYŁ NAZISTOWSKIM OBOZEM PRACY
SARKOFAG HRABINY ZUZANNY - HISTORIA DOŚĆ MAKABRYCZNA
KSIĘŻNA DAISY NOSIŁA NA SOBIE MAJĄTEK I LEGENDĘ
TRZY DEKADY WIELKIEGO SZABRU



Tekst i foto: Magdalena Sakowska