Józef Wilf i Piotr Stefański dorastali w powojennym Wałbrzychu. Byli sąsiadami i przyjaciółmi, jednak w dzieciństwie rozdzielił ich los. Dzięki szczęśliwemu przypadkowi i warszawskiemu dziennikarzowi Marcinowi Chłopasiowi "Józio" odwiedził swój dawny dom i opowiedział o sobie w reportażu. Naszej redakcji udało się odnaleźć Piotra i mógł on uczestniczyć w krakowskiej premierze filmu, a przede wszystkim po 60 latach rozłąki spotkać Józefa.

Spotkanie po latach

29 czerwca 2017 roku emerytowany wrocławski inżynier przemierzał krakowski dworzec podekscytowany, ale i pełen niepewności. W kieszeni miał zdjęcie - jedyną pamiątkę po przyjacielu z dzieciństwa. Po wyjeździe "Józia" przeżył traumę, jakby utracił brata i w ciągu sześciu dekad zdołał o nim zapomnieć, ale po rozmowie telefonicznej ze mną przeszukał swoje zdjęciowe archiwum i znalazł wyblakłą fotografię z wiosny 1957 roku. Przedstawia ona 9-letniego chłopca na tle wałbrzyskich kamienic, na jej odwrocie jest dedykacja: "Najmilszemu koledze Józio Wilf".
- Poznałem go, bo widziałem jego zdjęcia w pani artykule, a on mnie nie rozpoznał. Dopiero jak pokazałem mu zdjęcie - zrozumiał. Przywitanie było bardzo serdeczne i pełne ekspresji - relacjonuje Piotr Stefański. Józef przyleciał z Izraela do Warszawy i do ostatniej chwili, nawet w pociągu do Krakowa, nie wiedział jaka niespodzianka go czeka. Jak zrozumiał, że dosłownie dzień wcześniej udało nam się odnaleźć jego Piotrusia nie krył łez, a potem choć nie należy do niskich, utonął w niedźwiedzim uścisku obcego mężczyzny, z którym przed laty poznawał świat, bawił się i psocił. - To Piotruś. Jak on wyrósł tak duży? Znalazł się bo jest wysoki, jakby był niski, to by się nie znalazł. Ile razy widziałem go w swoich marzeniach - mówi wzruszony do dziennikarzy, którzy zorganizowali spotkanie przy krakowskim dworcu.
Obaj byli mieszkańcy Wałbrzycha wyrośli i pożenili się (Józio nawet trzy razy), zdążyli nawet posiwieć, ale wreszcie się znaleźli. Pan Piotr podczas powitania był równie wzruszony, ale już oswojony z faktem, że jego przyjaciel się znalazł.


Poszukiwania

Dzień wcześniej Stefański zadzwonił do mnie dwukrotnie i wahał się, kiedy powinien spotkać się z Józefem, który zostanie w Polsce tylko do 4 lipca. Jego znajoma przeczytała mój artykuł o przyjeździe Józefa do Wałbrzycha w 2011 roku, powstałym na ten temat reportażu i jego krakowsko-warszawskiej premierze. Na prośbę twórcy filmu - warszawskiego dziennikarza Marcina Chłopasia zaapelowałam w tekście do czytelników o pomoc w znalezieniu Piotrusia. W poszukiwaniach pomogły szczęśliwe przypadki, mieszkańcy kamienicy, w której chłopcy przed laty mieszkali i dobra wola czytelników, którzy udostępniali sobie tekst. W pierwszym akcie tej niesamowitej historii - podczas spotkania Marcina Chłopasia i Józefa Wilfa w Ziemi Świętej oraz ich podróży do Wałbrzycha - szczęśliwy traf też okazał się kluczowy. Dlatego tak chętnie podjęłam się wyzwania.


 Mając nadzieję na znalezienie przyjaciela Józefa Wilfa odwiedziłam kamienicę na ul. Langera na Nowym Mieście. Pytałam o Piotrusia Czosnka lokatorów mieszkania, w którym niegdyś dorastał Józio i jego siostry. Obejrzałam film pana Marcina relacjonujący powrót Józefa do domu swojego dzieciństwa i tłumaczący powody dla których w latach 50. razem z rodziną wyjechał z Wałbrzycha do Ziemi Świętej. Podobnie jak jego twórca czułam, że filmowi brak epilogu. Józef odwiedził w 2011 roku Wałbrzych mając skrytą nadzieję, że spotka dawnego przyjaciela. Jednak wtedy to się nie udało m.in. przez kaprys pamięci.

Okazało się, że zawodna pamięć sprawiła Józefowi figla i pomylił nazwisko przyjaciela z mianem sąsiadki Haliny, która wyjechała - zgodnie z relacjami mieszkańców Langera 3 - do Australii i ściągnęła tam ok. 35 lat temu całą rodzinę. Jak się dowiedziałam o emigracji tej rodziny uznałam, że szanse na ich przylot na premierę filmu są nikłe. Coś się jednak nie zgadzało... nikt z sąsiadów nie pamiętał w rodzinie Czosnków żadnego Piotra. Na szczęście mój tekst o poszukiwaniach przyjaciela z dzieciństwa przeczytali jego znajomi i przysłali link do pana Piotra e-mailem. A on bez czytania... wyrzucił go. - Żona zapytała mnie, czy czytałem go i nakłoniła mnie bym jednak przeczytał. Patrzę, a tu Józio... Józek jest, tylko pomylił moje nazwisko - wspomina podczas powitania Stefański.

Tak oto doszło do spotkania. Panowie spędzili w stolicy Małopolski czwartkowe popołudnie, a wieczorem uczestniczyli w premierze filmu "Józio, chodź do domu" Marcina Chłopasia, która odbyła się w Fabryce Schindlera. Po prezentacji obrazu sędziwi już Józio i Piotruś wzięli udział w spotkaniu z publicznością i przy pełnej sali opowiedzieli swoją historię rodem z Wałbrzycha, a ich spotkanie po latach było epilogiem do prezentowanego reportażu. - Film został bardzo dobrze przyjęty, a odbiorcy zadali nam wiele pytań. Byłem zaskoczony, że zaproszono mnie na scenę - opowiada pan Piotr. Józef zaręcza, że już więcej nie zgubi swojej bratniej duszy i zaprosił Stefańskich w odwiedziny. Jako przewodnik po Ziemi Świętej z pewnością pokaże jej najpiękniejsze zakątki i będą mogli z Piotrem snuć wspomnienia o Wałbrzychu sprzed lat.


Sąsiedzi, przyjaciele... bracia

W kamienicy przy ul. Langera 3 na Nowym Mieście mieszkali kiedyś dwaj chłopcy. Obaj przyszli na świat w 1948 roku. Piotruś spod nr 7 był jedynakiem, a Józio mieszkający piętro wyżej, pod numerem 10, był pierwszym i hołubionym dzieckiem pary, która wyszła poraniona z piekła holokaustu. - Józio był spokojny, elegancki. Mama bardzo o niego dbała i ubierała go w garniturek - wspomina Stefański i próbuje się doszukać tamtego poważnego dziecka w szalonym, emocjonalnym i otwartym na innych Józefie, którego życiorysem by można obdzielić trzy osoby. Podczas powitania w Krakowie Piotr wspomniał rodzinę przyjaciela: - Pamiętam twoją mamę, taka przystojna kobietka. A ty jesteś podobny do ojca.



Chłopiec mieszkający pod nr 10 podziwiał odwagę Piotrusia. - To była moja rodzina. On był dla mnie wszystkim. Bez niego bałem się ruszać - wspomina były wałbrzyszanin, od lat Izraelczyk. Przyjaciele byli nierozłączni, chodzili razem do szkoły podstawowej mieszczącej się w dzisiejszym Zespole Szkół nr 1 przy ul. Ignacego Paderewskiego, po szkole bawili się razem, odwiedzali w domach... słowem, byli nierozłączni. - Całe dnie spędzaliśmy na podwórku, zimą jeździliśmy na nartach i sankach. Józio przychodził do mnie pobawić się mechanicznym traktorem, który przysłała mi w paczce babcia z Ameryki. To był w tamtych czasach prawdziwy cud techniki, sypał iskrami z komina - opowiada Stefański.

Do 1957 roku nie wiedział, że jego przyjaciel pochodzi z rodzony żydowskiej. To nie było ważne. Jak się dowiedział, nie rozumiał co to znaczy i dlaczego stało się istotne. Pochodzenie Józia było też przed nim ukrywane. Doświadczeni przez holokaust rodzice bali się, że piekło obozów wróci, a ochroną dla dziecka będzie jego nieświadomość. Nastroje antyżydowskie sprawiły, że Wilfowie zdecydowali się na rozpoczęcie nowego życia w Izraelu. W 2011 roku Józef wspominał jak niepewnie się czuł przed wyjazdem i jak bardzo pragnął na nowo zjednać sobie kolegów ze szkoły. Jednak ziarno chaosu zakiełkowało i 9-latek nie czuł się wśród rówieśników tak dobrze jak wcześniej.
Piotr pamięta wyjazd Wilfów i jak bardzo przeżył rozłąkę z przyjacielem, niemal bratem. - Nie wierzyłem, że jeszcze się spotkamy - wspomina po powrocie z Krakowa. Pioruś wyparł z pamięci Józia, niepamięć mniej bolała. Po towarzyszu z dzieciństwa zostało mu tylko jedno wyblakłe zdjęcie - ukryte i zapomniane. Po maturze w I LO Piotr wyjechał na studia do Wrocławia, gdzie osiadł na stałe, znalazł ukochaną żonę, pracę i dom.
Teraz odzyskał Józia i wspomnienia z dzieciństwa, których milczącym świadkiem była wałbrzyska kamienica na ul. Langera. 


Cieszę się, że mogłam pomóc w napisaniu drugiego aktu tej wspaniałej opowieści. Osoba, której opowiedziałam o szczęśliwym finale poszukiwań powiedziała mi, że w dobie nadawania nazw wałbrzyskim skwerom i rondom powinno się jednemu z nich dać nazwę "Przyjaciół z dzieciństwa" na cześć Józia i Piotrusia, ich szczerego przywiązania i braterstwa ponad podziałami. 

Dziękuję Marcinowi Chłopasiowi za wspaniałą współpracę, wdzięczna jestem za wsparcie Marii i Wiesławowi Sobieszkom oraz Andrzejowi Rąkowskiemu z UM w Wałbrzychu. Dziękuję też Wam Kochani Czytelnicy za serdeczne przyjęcie tej historii i udostępnianie jej, by trafiła w końcu do właściwego adresata - do Piotrusia z Wałbrzycha.

O Piotrze i Józefie wcześniejsze teksty:
Wałbrzych: Przyjaciel z dzieciństwa odnaleziony!
Wałbrzych: Wrócił po latach i szuka przyjaciela z dzieciństwa [FILM + FOTO]


tekst i fot. Elżbieta Węgrzyn
fot. główne użyczone przez Marcina Chłopasia