Podczas ostatniego spaceru historycznego po Białym Kamieniu uczestnicy zgromadzili się wokół namacalnego symbolu dzielnicy, która, gdyby nie on, zapewne nazywałaby się inaczej. Może nie wygląda imponująco, ale łączy się w nim historia z legendą w charakterystyczny dla naszych okolic sposób.


Osada u podnóża Chełmca istniała już przeszło 700 lat temu. W „Księdze uposażeń biskupstwa wrocławskiego” (Liber fundationis episcopatus Vratislaviensis) sporządzonej w końcu XIII lub na początku XIV wieku przyszła dzielnica Wałbrzycha figuruje jako „Albus Lapis alias Wissenstein”. Później pisano „Weißenstein”, w końcu skrócono nazwę na „Weißstein” i tak zostało do 1945 roku. Wprawdzie z Białego Kamienia pochodzi najstarszy zapis o wydobyciu węgla w regionie wałbrzyskim (1561), ale osada nigdy nie nazywała się Czarny Kamień. Od samego początku z jej losami związana jest zupełnie inna skała.


Tak anonimowy autor w 2007 roku opisał dzieje tego kamienia na portalu dolnyslask.org: Przed pomnikiem ku czci Bismarcka (Bismarck-Denkstein), obok budynku urzędowego (Amtsgericht, Amtsgebäude) znajdował się głaz narzutowy (eratyk). Mający średnicę około 80 cm, różowy granit według opinii geologów przywleczony na teren Białego Kamienia, jak wiele innych w rejonie Wałbrzycha przez skandynawski lodowiec.

Pierwotnie głaz spoczywał przy drodze prowadzącej z Wałbrzycha przez zabudowania tzw. Kretscham (pokrótce, bez wdawania się w głębsze rozważania termin ten określać może: gospodę, wyszynk, miejsce zgromadzeń wspólnot w tym wypadku wiejskiej połączone ze sprawowaniem niższych czynności sądowniczych lub wszystko to razem wzięte, oczywiście w odniesieniu do tamtych czasów) i która to droga dalej łączyła się z główną drogą wsi.

Dokładnie głaz znajdował się po drugiej stronie drogi, naprzeciwko czołowej (frontowej) ściany głównego budynku Kretscham (w latach 20-tych XX w. nosił on nr: Haus Nr 1). Od kamienia gospoda nazywana była "Kretscham am weißen Stein". Gminna wieść niosła, że Kretscham (któremu kamień użyczył nazwy, a potem całej osadzie) został zbudowany jako pierwszy dom na tym terenie, niedaleko od miejsca w którym został znaleziony kamień. Wnioskować można z tego, że miejsce w zabudowaniach gospody nie było miejscem pierwotnym.

A dlaczego kamień tu trafił? Inna baśń związana z tym kamieniem mówi, że w czasach, gdy na tym terenie rosła sobie jeszcze dziewicza puszcza, kamień ten z uwagi na swą wielkość i kolor (był łatwy do zauważenia) służył w lesie jako drogowskaz dla wędrujących po nim. Stąd też nazywano go "Wegweiser" lub "Weiserstein" (drogowskaz, kamień wskazujący drogę).

[...] Po pewnym czasie głaz narzutowy w towarzystwie "tubylczych" (miejscowych) głazów i kamieni posłużył do budowy umocnień przy mostku (obok gospody), leżącym nad polnym potokiem, który płynął z południowo-wschodniego kierunku i wpływał do Szczawnika (Salzbach). W czasie budowy ewangelickiego kościoła (1879 r.) umocnienia mostku zostały rozebrane i głaz wylądował przy ulicy, niedaleko kościoła. Ówczesny przewodniczący gminy Gottlob Tscherich, aby upamiętnić wydarzenie, jakim była budowa kościoła, wpadł na pomysł (który został zrealizowany), aby głaz upiększyć poprzez umocowanie na nim (nie widziałem, więc cytuję) "eisernen Handgriff mit der Jahreszahl 1879".
[Tłumaczyć to można jako: metalowy (stalowy) uchwyt (rączka) z datą 1879]. W 1924 r. głaz powędrował na miejsce obok pomnika ku czci Bismarcka, na którym pozostawał do ? roku. Może dobrzy ludzie pomogą uzupełnić dalsze losy głazu, będę wdzięczny. (Autor powołuje się na kilka źródeł, w tym "Sagen Waldenburger Umgebung").

Ostatnia fotografia głazu zamieszczona na portalu dolnyslask.org – rok 1937:


A to miejsce, gdzie się znajdował:


Po wojnie głazu na tym miejscu już nie było. Po mieście krążyła legenda, że głaz wysadzili czerwonoarmiści tuż po jej zakończeniu. Na szczęście, jak się wydaje, wciąż istnieje i nie „oddalił” się z miejsca, gdzie znajdował się poprzednio – teraz jest prawdopodobnie po drugiej stronie obecnego budynku MZB, na Placu Kołłątaja. – Jestem całkowicie przekonany, że to on. Takie zresztą informacje otrzymałem od mieszkających w Wałbrzychu niemieckich autochtonów. Kiedy porównamy go z przedwojennymi zdjęciami, widać wyraźnie podobny kształt, choć głaz jest obrócony i uszkodzony, widać też ślad po mocowaniach metalowej rączki. Głaz pokryty jest resztkami białej farby, pod którą widać różowy granit. Fundacja będzie promować inicjatywę, żeby został odpowiednio opisany, żeby znalazła się przy nim tablica i jakieś ogrodzenie wokół, może drewniana altana – mówi Mateusz Mykytyszyn, prezes Fundacji Księżnej Daisy, prowadzący spacery historyczne po rewitalizowanych dzielnicach (kolejny spacer dziś na Sobięcinie o 10.00).


A teraz alternatywna wersja historii Białego Kamienia, zapisana przez Waltera Reimanna w jego opracowaniu dotyczącym podań Wałbrzycha i okolic. Jeśli ktoś pamięta wiedźmę Tobmetze, Tobmetzen czy Tobmaze, bytującą w mrocznych zakamarkach kamieniołomu na Chełmcu, odegrała ona w powstaniu nazwy wałbrzyskiej dzielnicy rolę bardziej niż kluczową. A było to tak: potężny duch Karkonoszy, zwany przez Niemców Rübezahlem, a przez Polaków Liczyrzepą lub Karkonoszem wybrał się pewnego majowego dnia na obchód swojego sudeckiego królestwa i zaszedł na najdalsze jego rubieże – na górę Ślężę. Tam przystanął w milczeniu, zachwycony nigdy nie słyszanym przez siebie śpiewem słowików. Złapał kilka i umieścił w swej podróżnej torbie, żeby zabrać je ze sobą, po czym ruszył z powrotem. Ale, że w Karkonosze było daleko, a nawet Duch Gór może się zmęczyć, usiadł sobie gdzieś przy rozstaju dróg w lesie pod Chełmcem. Tutaj okazało się, że musi się cofnąć, aby powstrzymać długotrwały deszcz nad Górami Czarnymi (Podgórze), grożący powodzią. Wtedy zawołał wiedźmę Tobmetzen, która posłusznie przybiegła z Chełmca i kazał jej popilnować swojej torby, aż wróci. Zabronił jej jednak zaglądać do środka. I poszedł. Tobmetzen siedziała obok torby, siedziała, siedziała... aż nie wytrzymała, otworzyła ją i zajrzała do środka, ptaszki wyfrunęły, a torba przeistoczyła się w - wielki biały kamień. Wrócił Karkonosz, bardzo się rozzłościł i poinformował wiedźmę, że odtąd nigdy nie będzie ona w stanie śpiewać – tylko krakać, jak kruk, ponieważ pozbawiła mieszkańców Karkonoszy możliwości słuchania przepięknego śpiewu słowików, a w kamieniołomie na Chełmcu, gdzie ma swoją siedzibę, nie będą nigdy śpiewać żadne ptaki. Po czym poszedł do domu, a kamień został. Źródło: „Historia i podania zamków i miast regionu wałbrzyskiego“ („Geschichte und Sagen der Burgen und Städte im Kreise Waldenburg“), W. Reimann, Mieroszów 1925.

Jak widzimy, Karkonosz może być w świetle legendy patronem introdukcji gatunków na nowe tereny, a Biały Kamień to jedyna dzielnica Wałbrzycha, która swoją nazwę zawdzięcza... niepohamowanemu wścibstwu. Dlatego zresztą, jak komentuje Reimann, mężczyźni z osady Weißstein mieli przysłowie: „Nigdy nikomu nie powierzaj swojej torby”. A kobiety stamtąd zwykły mawiać, że wścibstwo nie przynosi nigdy nic dobrego... Ciekawa intuicja legendy - Biały Kamień rzeczywiście został "przyniesiony" z daleka - i to z północy. Ale gdzie był miliony lat wcześniej - nie wiemy.

 

Czytaj też:
BIAŁY KAMIEŃ - WYCIECZKA PO NIEZNANYM MIASTECZKU (FOTO)
ULICA ANDERSA JADŁA TORT, BĘBNIŁA I PODRÓŻOWAŁA W CZASIE (FOTO)
CHEŁMIEC - SIEDZIBA WIEDŹMY TOBMETZEN (FOTO)


Tekst i foto: Magdalena Sakowska

Opis historii kamienia i 2 archiwalne zdjęcia: dolnyslask.org