Jak to jest zrobić coś, o czym wcześniej nawet się nie marzyło? Doskonale zna to uczucie Dariusz Jabłonowski z Głuszycy, który jako zupełny amator, któremu daleko do wyczynowców, zaliczył triathlonowy dystans 226 km. Ironman – tak od niedawna może o sobie powiedzieć nasz rozmówca. Jak tego dokonał? Artykuł z ostatniego numeru tygodnika "WieszCo".


Czuje się Pan „człowiekiem z żelaza”?

- Teraz już chyba tak (długi śmiech).


To mnie Pan zaskoczył. Spodziewałem się innej odpowiedzi.


- Pokonanie 226-kilometrowej trasy triathlonu, to naprawdę wielki wyczyn. Zwłaszcza dla człowieka, który jeszcze kilka lat temu ważył ponad 100 kilogramów i niewiele miał wspólnego ze sportem. W końcu powiedziałem sobie „Darek, musisz coś ze sobą zrobić, tak dalej być nie może”.


No ale chyba nie wystartował Pan od razu w zawodach Ironman?


- Oczywiście, że nie, to byłoby szaleństwo. W ogóle zacząłem biegać dopiero jakieś trzy lata temu. To były nieśmiałe próby, ale bardzo mocno „wkręciłem się” w tę całą aktywność sportową. Potem przyszedł czas na pierwszy w życiu maraton w Amsterdamie, później następne, ale niestety nadeszła pandemia. Pojawił się martwy okres na wszystkie aktywności i nie mogłem biegać w organizowanych zawodach. To był 2020 rok. Wtedy spotkaliśmy się z moim serdecznym przyjacielem i wspólnie wpadliśmy na pomysł, żeby wystartować w zawodach Ironman.


Tak po prostu, siedzieliście przy obiedzie i pomyśleliście, że fajnie byłoby pokonać trasę 226 km płynąc, biegnąc i jadąc na rowerze?


- Może nie do końca (śmiech). Pewnego dnia zobaczyliśmy w telewizji jakieś zawody triathlonistów i okrzyki na mecie „jesteś ironmanem”. Popatrzyliśmy na siebie, a ja od niechcenia rzuciłem „to chyba coś dla nas”. Pomyślałem wtedy, ciekawe jak to jest pokonać taki morderczy dystans. Dotąd miałem w nogach tylko maratony, a tu dochodziła jazda na rowerze i pływanie. Postanowiliśmy, że zrobimy to na 40 urodziny. Kolega obchodził je w tym roku, a ja w zeszłym. Był dobry pretekst, żeby się sprawdzić.

- Zawsze wydawało mi się, że do takich zawodów trzeba się odpowiednio długo przygotowywać, a Pan wystartował prawie „z biegu”?


- Nie przesadzajmy (uśmiech), choć faktycznie krótko to trwało. Same przygotowania do startu w triathlonie rozpocząłem na początku tego roku. I przyznam, że treningów naprawdę było mało. Bywało, że tylko dwa w tygodniu, a to dlatego, że mieszkam w Holandii, a w Polsce mam rodzinę i często przyjeżdżałem na weekendy do kraju. Wiadomo, że wtedy nie mogłem nic robić pod okiem trenera, który zdecydował się mnie przygotować do zawodów Ironman. Ale im bliżej było godziny „0”, tym coraz więcej z siebie dawałem. Dziesiątki kilometrów biegu, po 120-150 km jazdy na rowerze i do tego pływanie, choć z tą ostatnią konkurencją wiąże się ciekawa historia.


Jaka?


- Nie umiałem pływać kraulem. Dopiero musiałem się tego stylu nauczyć. Techniki, oddechu. Ze swoją „żabką” mógłbym co najwyżej pójść na basen, a na otwartym akwenie, zwłaszcza w tak wyczerpujących zawodach, liczy się tylko kraul, bo to najszybszy styl, a chodzi przecież o to, żeby jak najszybciej wyjść wody i wsiąść na rower. O dziwo nauczyłem się pływać kraulem bardzo szybko.


Gdy zdecydowaliście się z kolegą, że wystartujecie, nie przestraszył Pana czekający dystans do pokonania?


- Byłem dosłownie przerażony. Pamiętajmy, że to 3,8 km w wodzie, 180 km na rowerze i 42 km biegu.


Ja gdy tylko o tym pomyślę już czuję się wyczerpany.


- To jest olbrzymi wysiłek dla całego organizmu, a zmęczenie na mecie jest nie do opisania. My startowaliśmy w Malborku w pięknej scenerii zamkowej. Najpierw było pływanie w Nogacie. Później rowerem mieliśmy do pokonania malowniczą trasę spod zamku, dalej przez Kościeleczki, Tralewo, Lichnowy do Lisewa Malborskiego i potem bieg między innymi po terenie Zamku Krzyżackiego w Malborku. Ci ciekawe nie od razu zamierzaliśmy wystartować w tym miejscu. Początkowo myśleliśmy o innym Ironmanie, ale pierwszeństwo startu na wszystkie triathlonowe imprezy przeniesione z 2020 roku mieli zawodnicy już do nich zapisani, dlatego musieliśmy szukać innego rozwiązania. I tak padło na Malbork, ale bardzo dobrze, że tak się stało, bo były to jednocześnie mistrzostwa Polski na dystansie Ironman.


Co Pan czuł, gdy już stał na starcie zawodów?


- Nie myślałem o tym morderczym dystansie. Całe zawody miałem podzielone na trzy kawałki, tak jakbym miał odbyć za chwilę zwyczajny trening. Musiałem z głowy wyrzucić liczbę 226 km, bo gdybym na niej się skupił, prawdopodobnie nie dotarłbym do mety. Ważna w tego typu zawodach jest „czysta” głowa i dobre, mentalne przygotowanie. Jeśli jesteś dobrze przygotowany, mięśnie zrobią swoje, ale głowa musi za nimi nadążyć.


Gdy już znalazł się Pan w wodzie i zobaczył zawodowców płynących w zawrotnym tempie, nie chciał Pan ich gonić?


- To byłaby najgorsza rzecz, którą bym zrobił. Po pierwsze nie miałbym szans dotrzymać im tempa. Przecież jestem amatorem. Po drugie straciłbym zbyt dużo sił potrzebnych na rower i bieg. Dlatego płynąłem spokojnie, częściowo kraulem, ale i bywało, że „żabką”.


Nie miał Pan problemu z rozłożeniem sił?


- O dziwo nie. Pływanie poszło mi całkiem dobrze. Pomagała też pianka, która zwiększa wyporność człowieka, więc tu nie miałem większego kłopotu. Z rowerem też poszło całkiem dobrze. Najbardziej obawiałem się biegu, który kończy triathlon.


Miał Pan jakieś chwile zwątpienia i chciał zejść z trasy?


- Nie!


Co Pana motywowało?


- Rodzina. Na zwodach była żona z córką, które bardzo mocno mnie dopingowały. Może to zabrzmi banalnie, ale wiedziałem, że nie mogę ich zawieść. Poza tym pomagało zawodnikom to, że biegliśmy na pętlach, więc co jakiś czas widzieliśmy najbliższych machających do nas i krzyczących „jeszcze trochę”. To było mobilizujące. Zresztą tego samego dnia żona miała o 22:00 pociąg powrotny, więc musiałem ją pożegnać (uśmiech).


Rozumiem, że udało się ją pożegnać po zakończeniu zawodów Ironmana?


- Jasne, że tak, nie było innej możliwości. Limit czasu w Malborku wynosił 16 godzin. Już po pływaniu wiedziałem, że nie jest źle. Założyłem, że z wody muszę wyjść przed upływem 2 godzin, a wyszedłem wcześniej. Jazdę na rowerze powinienem skończyć po 6 godzinach, a udało się trasę pokonać szybciej. Wtedy już wiedziałem, że na pociąg zdążymy (śmiech). Dłużej niż zakładałem biegłem maraton, ale zmęczenie dawało się wtedy mocno we znaki. Ostatecznie pokonałem 226 km w czasie 12 godzin, 31 minut i 47 sekund. Dodatkowo tak się złożyło, że linię mety przekroczyliśmy wspólnie z moim przyjacielem, choć wcześniej tego nie planowaliśmy. To był zupełny przypadek.


Ironman potrafi uzależnić?


- Tak i to bardzo. Nawet ostatnio napisałem do kolegi, że może wystartujemy w podwójnych zawodach Ironman. Odpisał, żebym zapomniał, ale coraz częściej chodzi mi po głowie taki dystans.


To przecież ponad 450 km?!


- W Niemczech na początku czerwca przyszłego roku startuje podwójny triathlon. Może się skuszę, choć żona mi zapowiedziała, że najpierw powinienem skończyć remont mieszkania i dopiero wtedy możemy o tym porozmawiać (śmiech).



Rozmawiał Tomasz Piasecki

Fot. użyczone (Archiwum prywatne Dariusza Jabłonowskiego)


Inne wywiady:
WAŁBRZYCH: URSZULA DUDZIAK BYŁA U NAS SZCZĘŚLIWA (WYWIAD)
WAŁBRZYCH: JAK MALARKA IGŁĄ TRAFIŁA NA PLAN FILMU
Wałbrzych: Roman Świst wie wszystko o historii pożarów i straży
Chełmiec Wodociągi Wałbrzych: dziewczyny mają moc!
Wałbrzych: z Wandą Radłowską o sytuacji seniorów 
Dementuję pogłoski, że broda to wynik przegranego zakładu 
Obwodnica Wałbrzycha w 2022? Rzecznik Budimexu o problemach (FOTO)


Artykuł ukazał się na łamach tygodnika "WieszCo" - pełny numer tygodnika do pobrania w formacie pdf na stronie www.wieszco.pl