Nie jest kosmitką, cyborgiem też nie, lecz najzwyczajniejszą kobietą, która uwierzyła w swoją moc przekazu i doświadczenia. Tak mówiła o sobie zaraz po finałowym koncercie Festiwalu Hałda Jazz Urszula Dudziak. Nam udało się z nią dłużej porozmawiać. O karierze, Michale Urbaniaku, Krzysztofie Komedzie, publiczności, jazzie i… dobrym słowie. Artykuł z ostatniego numeru tygodnika "WieszCo".


Koncert gwiazdy XIV Międzynarodowego Festiwalu Hałda Jazz – Urszuli Dudziak – z uwagi na niepewność pogody odbył się nie na placu eventowym Starej Kopalni, lecz w Sali Łańcuszkowej. Jak się okazało, była to dobra decyzja. Nie tylko dlatego, że jazz lepiej brzmi w bardziej kameralnych warunkach niż wśród beznamiętnych betonów, ale też z powodu… światła.

Wokalistka tak się ucieszyła prawdziwą widownią, na którą długo musiała czekać, że poprosiła o zaświecenie światła właśnie. I tak na siebie patrzyliśmy, ale przede wszystkim słuchaliśmy niezwykłych dźwięków. Z naszej strony były owacje na stojąco, a ze strony królowej jazzu i jej pięciu niesamowitych muzyków m.in. „Papaya”.

Zanim jednak na scenie stanęła Urszula Dudziak, która ściągnęła do Wałbrzycha widzów m.in. z Legnicy, Zgorzelca czy Wrocławia, zagrał jeszcze laureat konkursu „Komeda da się lubić” – wałbrzyszanin Piotr Kasprzak. Wreszcie o 19:37 muzycy stanęli za instrumentami. Wokalistka swój przyniosła ze sobą – głos, który nie da się pomylić z żadnym innym. Pierwszy utwór – „Wookies Walk” zaśpiewała jeszcze przy kolorowych światłach „rzucanych” wyłącznie na scenę. Kolejny – „Turkish Mazurka”, po zachwytach nad Starą Kopalnią, zabrzmiał już przy widocznych słuchaczach. Tego, że gwiazda zrobi wrażenie, wszyscy się spodziewali, ale że zespół, z którym występuje, również nas porwie, to już była miła niespodzianka. Mało tego, jeden z muzyków – akordeonista i pianista Jan Smoczyński – jest również autorem kilku kompozycji, które pojawiły się w czasie występu. I trzeba przyznać, że zarejestrowane na płycie „Wszystko gra” z 2013 roku są całkiem dobre, ale jeszcze lepsze w wersji koncertowej.

Jak przystało na jazz na żywo, nie mogło zabraknąć solówek. Czadu dali saksofonista – Łukasz Poprawski, basista – Krzysztof Pacan i wspomniany akordeonista. Jeszcze lepiej wyszły dialogi muzyczne między Dudziak a muzykami. Mimo braku indywidualnych szarż, nie możemy pominąć wspaniałego bębniarza – Tomka Torreza i gitarzysty – Roberta Cichego. Dla mnie największe mistrzostwo pokazał band podczas utworu „Kattorna” Krzysztofa Komedy. Zespół powoli rozpędzał się, aby wreszcie konkretnie przyłożyć, a na koniec płynnie przejść w hit – „Papaya”. Jak się okazało, występ Urszuli Dudziak to nie tylko muzyka, ale również słowo i nieśpiewane, lecz mówione. Wokalistka, między utworami, opowiadała anegdoty i dzieliła się przemyśleniami z własnego życia. W efekcie, na koncert złożyło się siedem kompozycji, włącznie z bisem – „Krakus” Michała Urbaniaka oraz sześciu wypowiedzi.

Ta trochę nietypowa sytuacja skłania do zmiany nazwy – z koncertu na spotkanie z Dudziak. Tak czy owak było to przeżycie niezwykłe. Artystka jest zarówno przekonująca na płaszczyźnie artystycznej jak i ludzkiej. Wydarzenie sprzed tygodnia na pewno przejdzie do kulturalnej historii naszego miasta. Na koniec gwiazda otrzymała od organizatorów upominek i potężny bukiet kwiatów. Wokalistka była jeszcze dostępna dla widzów chcących zdobyć podpis i zdjęcie.



A to rozmowa z królową polskiego jazzu

Dobrze się Pani czuła na wałbrzyskiej scenie?

- Nie wiem, czy da się to opowiedzieć, bo to było coś niezwykłego. Spotkanie z publicznością, szczególnie po tym długim okresie pandemicznym, jest dla artysty czymś wyjątkowym. To jest dla nas jak tlen. My nie potrafimy żyć bez koncertów. Dzisiaj byłam po prostu w raju. Takie zdarzenie inspiruje mnie na następne miesiące, a może nawet lata. Bardzo tęskniłam za koncertami. To się spełniło właśnie tutaj, w Starej Kopalni. Jestem przeszczęśliwa. Publiczność reagowała fantastyczni.

Skoro mowa o publiczności to czym różni się ta polska od amerykańskiej? O naszej wypowiadała się Pani już ciepło.

- W Polsce wchodząc na scenę czuję, że mam od razu kredyt zaufania. Cokolwiek bym zrobiła. Kiedy ludzie biją brawo na powitanie, już wiem, że jestem w domu i czuję, że mnie kochają. To jest cudowne. Niezależnie od tego, staram się zawsze śpiewać najlepiej jak potrafię. Jak mam dobrych muzyków, jak śpiewając unoszę się i koncert jest dobry, to dużej różnicy nie ma – ludzie cieszą się tak samo tam i tu.

Czy dostrzega Pani zmiany w odbiorze muzyki przez te lata, odkąd Pani śpiewa?

- Pamiętam, jak przyjechaliśmy z Michałem Urbaniakiem do Stanów Zjednoczonych w 1973 roku. Przywieźliśmy wówczas swoją własną muzykę i ten mój niezwykły scat. Amerykanie byli tym zaskoczeni. Dla nich przede wszystkim liczy się pomysł. Doceniają, kiedy nie ma powielania i twórczości wtórnej – tzn. jest, ale nigdy nie wypłynie. Dlatego udało nam się zaistnieć na rynku amerykańskim. Michał był nieprzeciętnym skrzypkiem oraz kompozytorem, a ja niesamowitą wokalistką i to razem pięknie funkcjonowało. Po dwudziestu latach grania z Michałem (Urbaniak – przyp. red.) i po trzynastu latach spędzonych w Stanach wróciłam do Polski. I tutaj już sama koncertowałam z Bobby’m McFerrinem i Walkiem Awayem i wreszcie z własnym zespołem. W Polsce mieliśmy i wciąż mamy fantastyczne powodzenie.

Jak doszło do tego, że Polka ze Straconki zrobiła światową karierę?

- Zawsze powtarzam młodym artystom – wokalistom i instrumentalistom, że najważniejsza jest tożsamość, czyli indywidualność i to, żeby odnaleźć swój własny styl. Oczywiście można początkowo naśladować kogoś, ale tylko przez pewien czas. Kiedy człowiek zaczyna śpiewać, to może być bardzo dobry pomysł. U mnie też nastąpił taki moment, w którym zdałam sobie sprawę, że nie będę drugą Ellą Fitzgerald, czy Billie Holiday... Właściwie wycofałam się na pewien czas ze śpiewania, ale okazało się, że nie mogę bez niego żyć.

I?

- I wreszcie, jakbym dostała skądś sygnał, zrozumiałam że jest dla mnie droga i coś mi pomoże ją odnaleźć – ten mój własny głos. Jeżdżąc po Europie, mój były mąż – Michał Urabaniak myszkował po sklepach muzycznych i przynosił różne elektroniczne gadżety do hotelu. Grał wtedy na skrzypcach elektrycznych i bardzo go kręciło takie brzmienie. Jak tylko wychodził, podłączałam mikrofon do tych gadżetów i nagle zaczynałam śpiewać z tymi instrumentami, szukając czegoś innego, czegoś czego jeszcze nie było. Co jest oczywiście bardzo trudne. To mnie jednak bardzo rajcowało. Hołduję przysłowiu, że tylko zdechłe ryby płyną z prądem. Jak nie idziesz z prądem, zaczynasz koncentrować się na czymś własnym. Te instrumenty, które kupiliśmy, otworzyły przede mną możliwość spełnienia.

W jaki sposób narodził się scat?

- Słyszałam taką historię – choć nie wiem czy to prawda, ale bardzo możliwe. Pewnego razu podczas występu Louis Armstrong, zapomniał tekstu i zaczął scatować. A ja, mając czternaście czy piętnaście lat, kiedy usłyszałam jak Ella Fitzgerald improwizuje, to zupełnie zwariowałam. Chciałam być drugą Ellą. Doszłam na szczęście do wniosku, że głos ma tyle niesłychanych możliwości, że można nim operować w bardzo indywidualny sposób. Jest dla mnie uosobieniem wolności.

Namawiała Pani ludzi do słuchania jazzu?

- Ludzie, którzy przychodzą na moje koncerty, mówią, że nie lubią jazzu, ale jednocześnie „podoba nam się to, co Pani robi”. Ja wówczas mówię, „słuchajcie muzyki jazzowej, zaczynając od tradycyjnej, nadającej się na przykład do tańca, która rozgrzewa i ma fajną aurę. Potem spróbujcie słuchać Milesa Davisa, Johna Coltrane’a czy Charlie Parkera, a przede wszystkim wokalistki – Ella Fitzgerald – to mistrzyni świata jest, Billie Holiday, Dinah Washington... Ja śpiewałam wszystkie ich piosenki”.

Czego Pani słucha w samochodzie?

- Ostatnio słucham Pata Metheny’ego, bardzo mi się podoba. Mieliśmy też kompilację polskich piosenek z lat 60. i 70. Oczywiście mam wszystkie płyty McFerrina – uważam, że jest rewelacyjnym wokalistą, niezwykłym! Ta sztuka, którą on robi odejdzie wraz z nim.

A na polskim rynku może Pani kogoś polecić?

- Ubóstwiam Leszka Możdżera. Słyszałam „Nie jest źle” Krzysztofa Komedy w jego wykonaniu i odpadłam. To jest niezwykły artysta. Są też fantastyczne wokalistki jak Aga Zaryan, Dorota Miśkiewicz, Grażyna Auguścik. Jest Lady Jazz Festival w Gdyni, którego jestem dyrektorem artystycznym. Jeśli ktoś mówi, że jazz umiera, to uważam, że nie ma racji, absolutnie!

Skoro jesteśmy na festiwalu z Komedą w tle i w mieście, gdzie mieszkał przez rok to proszę opowiedzieć o Pani relacji z nim.

- Moja znajomość z Krzysztofem zaczęła się od przypadku. Albo od zrządzenia losu. Wówczas byłam w dziesiątej klasie w Zielonej Górze, a Krzysztof Komeda przyjechał z satyrycznym teatrzykiem, w którym akompaniował aktorom. Po występie poszli do restauracji Piastowska na kolację, w której grał miejscowy zespół jazzowy. W pewnym momencie pianista podszedł do Krzysztofa i powiedział „Panie Krzysztofie, my tu mamy w Zielonej Górze pewną młodą dziewczynę, która śpiewa jazz. Myślę, że powinien Pan ją przesłuchać.” „No dobrze, niech przyjdzie tutaj jutro o 12:00” – odpowiedział Komeda.

Poszła Pani?

Powiedział o tym mój brat, który przybiegł do mnie następnego dnia do szkoły. Poleciałam więc do tej Piastowskiej i zobaczyłam Krzysia przy pianinie... Podeszłam, przedstawiłam się, a on zapytał, co zaśpiewam. Miałam straszną tremę i nogi z galarety. W rezultacie zaprosił mnie na cały miesiąc do Warszawy, do Klubu pod Hybrydami. To był początek całej historii, w której Zosia Komeda zaopiekowała się mną, obcięła mi włosy, bo wyglądałam jak Beethoven... Chciała zmienić moje imię i nazwisko najpierw na Dorota Cedro, potem na Urszula May, które podobno miały lepiej brzmieć za granicą. I tak śpiewałam przez cały miesiąc z Krzysiem i było to dla mnie jak objawienie. Słuchałam i obserwowałam go, czy podoba mu się to, co śpiewam.

Skąd czerpie Pani energię?

- To jest mój wybór. Myślę, że my nie zdajemy sobie sprawy, jaką mamy siłę. Że siłą woli możemy czynić cuda. Wierzę w swoją niezwykłą siłę mózgu, aczkolwiek, każdy tak może. To nie jest tak, że jestem cyborgiem czy kosmitką. Jestem najzwyczajniejszą kobietą, która uwierzyła w swoją moc przekazu i doświadczenia, bo ja dużo przeszłam – wzloty i upadki. Ale w pewnym momencie doszłam do wniosku – bo ja dużo myślę – że na wszystko jest metoda – dobre słowo.

Rozmawiał Piotr Bogdański
Fot. Paulina Bogdańska, 
Piotr Bogdański


Inne sławne postacie ostatnio w Wałbrzychu:
JOANNA TRZEPIECIŃSKA: NIE BYŁABY AKTORKĄ, GDYBY NIE ZAMEK KSIĄŻ?
Książ: Maryla Rodowicz i Helena Vondráčková rządziły [FOTO]
Wałbrzych: Maryla Rodowicz zaszczepiła się w Starej Kopalni



Artykuł ukazał się na łamach tygodnika "WieszCo" - pełny numer tygodnika do pobrania w formacie pdf na stronie www.wieszco.pl