Jeśli myślicie, że umiejąc śpiewać i mając na imię Jurand karierę muzyczną ma się w kieszeni, jesteście w błędzie. Najlepszym tego przykładem jest Jurand Wójcik, który przed 8 laty daleko zaszedł w programie The Voice od Poland, ale jak sam mówi, później niczym Titanic rozbił się o górę lodową własnych oczekiwań. Artykuł z tygodnika "WieszCo".


Wiem, że to banalne, ale chyba nie ma dziennikarza, który nie zapytałby cię o imię?

- Rzeczywiście, to pytanie często pada (śmiech). Nawet kiedy przedstawiam się nowo poznanym osobom. Dopytują wtedy czy to ksywka czy naprawdę mam tak na imię.

Kto wymyślił, żebyś został Jurandem?

- Mój ojciec często ma oryginalne pomysły i tak w 1976 roku wpadła mu do głowy jedna z najbardziej szalonych rzeczy. Od tamtej chwili zwą mnie Jurandem.

Takie imię powinno otwierać drzwi do kariery, czy jednak się mylę?

- Tak zwane „drzwi do kariery” otwierają odpowiednio dobrane wytrychy (długi śmiech). Ale tak na poważnie, oczywiście, że imię takie jak moje może stanowić o rozpoznawalności i nie trzeba wymyślać pseudonimu scenicznego, ale uwierz mi niczego nie gwarantuje.

W porządku, ale chyba nie powiesz mi, że 8 lat temu idąc do „The Voice of Poland nie myślałeś, nawet po cichu, żeby stać się rozpoznawalnym lub sławnym?

- Może cię zaskoczę, ale nie! Sława w ogóle mnie nie interesuje. Ja po prostu lubię muzykę, lubię grać i tworzyć. The Voice był tylko konsekwencją wcześniejszych zdarzeń. Chciałem doświadczyć czegoś nowego i zobaczyć jak to wygląda z drugiej strony ekranu. Jak się okazało tego typu programy nie są dla mnie.

Dlaczego?

- Rywalizacja to nie jest coś, co leży w mojej naturze, wolę współpracę.

Jak wspominasz udział w tym talent-show?

- Było to dla mnie przekroczeniem strefy komfortu. Wejście w środowisko, w którym nie czułem się najlepiej. Te wszystkie kamery, wywiady, rywalizacja o której wspomniałem wcześniej, to wywoływało we mnie stres i napięcie, ale w myśl dewizy „co cię nie zabije, to cię wzmocni” rzeczywiście wyszedłem z tej, powiedzmy przygody, zdecydowanie mocniejszy.

Opowiedz jak wyglądały przygotowania do programu, sam udział w nagraniach? W telewizji wygląda to na potężne przedsięwzięcie.

- Tak, to olbrzymie medialne przedsięwzięcie przy którym pracuje cały sztab osób. Przesłuchania w ciemno, to jedna próba dźwięku, a chwilę po tym stajesz na scenie naprzeciw 4 krzeseł i próbujesz nie zemdleć. Potem kolejne etapy, bitwa i występy na żywo.

Dostałem listę piosenek do wyboru, które przygotowywałem w przerwach między kolejnymi nagraniami, potem szybka konsultacja z trenerką Patrycją Markowską i znów na scenę robić swoje. Czyli zaśpiewać najlepiej jak się potrafi. I tak właściwie w kółko. No i ta nielubiana przeze mnie rywalizacja (uśmiech).

Jakie mieliście relacje z Patrycję Markowską, która wybrała cię do drużyny?

- Patrycja to bardzo miła, otwarta osoba. Mieliśmy dobrą, partnerską relację. Zresztą mamy ze sobą kontakt do tej pory.

Masz fajny głos, dobrze wyglądasz. Po „The Voice of Poland” zamiast zostać gwiazdą popadłeś w… powiedziałbym uśpienie. Dlaczego?

- Gwiazdą, to trzeba się urodzić, mnie nie było dane (wspólny śmiech). Po programie wydaliśmy płytę „Papierowy Król” z zespołem Kreuzberg w wytwórni Universal Music Poland,. Było to wówczas spełnieniem młodzieńczych marzeń. Wypłynęliśmy na szerokie wody polskiego rynku muzycznego, żeby chwilę później pójść na dno jak Titanic wpadając na górę lodową naszych własnych oczekiwań.

A mniej metaforycznie, a bardziej wprost?

- Może kiedyś jeszcze o tym opowiem.

Ale piosenka „Niecierpliwa”, którą zaśpiewałeś z grupą Kreuzberg, stała się w sieci hitem z kilkoma milionami wyświetleń. Trzeba było iść za ciosem.

- Gdyby miliony wyświetleń przekładały się na realne kwoty na moim koncie bankowym, to może dziś sprawy miałyby się inaczej (uśmiech). Widocznie tak miało być i ja się z tym pogodziłem wewnętrznie. Płynę dalej z prądem.

Po latach można cię teraz usłyszeć w dwóch różnych projektach. Miejskie Granie Cover Band to grupa, w której zarabiasz pieniądze, by później w zespole nIEBO nagrywać muzykę niezależną?

- Ładnie powiedziane, tak to chyba można ująć. W 2004 roku założyliśmy z kumplami z Wałbrzycha zespół nIEBO i od razu postawiliśmy na tworzenie autorskiego materiału. Rok później wydaliśmy samodzielnie pierwszą płytę „Blizny” i ruszyliśmy w trasę. W 2008 roku udało nam się również wystąpić na dużej scenie Przystanku Woodstock. W sumie zespół wydał niezależnie trzy płyty. Po zakończeniu przygody z zespołem Kreuzberg namówiłem chłopaków do reaktywacji nIEBA. Gramy dla przyjemności i robimy nowy materiał. Nie nastawiamy się na sukces komercyjny i to jest piękne.

Cały czas muzyka towarzyszy ci w życiu. Śpiewasz, ale jesteś też jurorem w wałbrzyskiej odsłonie „Mam talent”. Jak to jest recenzować innych, gdy samemu przed laty było się ocenianym?

- W konkursie Wałbrzych Ma Talent organizowanym przez Wałbrzyski Ośrodek Kultury zasiada najbardziej przyjazne jury na świecie. Oczywiście musimy wybrać tych najlepszych w danym czasie, ale nie oceniamy ich bezpośrednio, jeśli już, to ma to charakter wskazówek i sugestii.

W ten sposób płynnie przeszliśmy do Wałbrzyskiego Ośrodka Kultury, w którym od 2 lat pracujesz. Też zajmując się muzyką?

- W WOK-u pracuję od 2018, to już w sumie 3 lata, ale to zleciało…

Miałem złe informacje (uśmiech). Ale co z tą muzyką?

- Poniekąd też się nią zajmuję, bo biorę udział w organizacji koncertów oraz imprez między innymi Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Jestem również jurorem o czym wcześniej rozmawialiśmy. Pomagam również naszym finalistom w realizacji ich muzycznych marzeń tworząc dla nich piosenki.

Od niedawna koordynujesz też program Dom Kultury+. Za chwilę znów będziesz oceniał pomysły mieszkańców?

- Ja będę tylko jednym z głosów, bo w skład komisji wejdą również autorzy inicjatyw. To zresztą bardzo fajna inicjatywa, pozwalająca ożywić kulturowo Piaskową Górę i Rusinową, dwie dzielnice Wałbrzycha. Nie mogę się doczekać, żeby przekonać się, co też wymyślili mieszkańcy, zgłaszając swoje inicjatywy.

Myślisz jeszcze o tym, żeby wypłynąć, patetycznie mówiąc w showbiznesie, na szersze muzyczne wody?

- Nie myślę o tym jakoś intensywnie, nie spędza mi to snu z powiek, ale jestem otwarty na to co życie mi przyniesie. Więc jeśli kiedyś kolejny Titanic zawita do mojego spokojnego portu, to być może znowu na niego wejdę. Tym razem zabiorę ze sobą koło ratunkowe.

Rozmawiał Tomasz Piasecki

Fot. użyczone (Maciej Kozubal)

O projekcie Dom Kultury pisaliśmy:
Wałbrzych: kino plenerowe w Parku na Rusinowej? (FOTO)

Czytaj też:
Wałbrzych: jak "malarka igłą" trafiła na plan filmowy?
Wałbrzych: Roman Świst wie wszystko o historii pożarów i straży
Chełmiec Wodociągi Wałbrzych: dziewczyny mają moc!
Wałbrzych: z Wandą Radłowską o sytuacji seniorów 
Dementuję pogłoski, że broda to wynik przegranego zakładu 
Obwodnica Wałbrzycha w 2022? Rzecznik Budimexu o problemach (FOTO)

Artykuł ukazał się na łamach tygodnika "WieszCo" - pełny numer tygodnika do pobrania w formacie pdf na stronie www.wieszco.pl