W aktualnym numerze tygodnika "WieszCo" ukazała się 3 część artykułu opisującego niesamowity sezon koszykarskiego Górnika zakończony awansem do ekstraklasy.

To już trzecia (i ostatnia) odsłona cyklu o wyjątkowym sezonie 2006/07 w wykonaniu naszych koszykarzy. Czas dokończyć wątek tajemniczego trafienia z 1991 roku oraz wydarzeń z Inowrocławia. Z drugiej części wiemy już, że tam przygotowali się do świętowania awansu. Trener Czerniak i jego biało-niebiescy zawodnicy mieli jednak inne plany.

Choć mieliby nas znosić z boiska…

O tym, że trener Czerniak nie lubi się poddawać, udowodnił w końcówce finałów z 1991 roku, trafiając kluczowy rzut na dogrywkę. Facet nie uznawał sytuacji beznadziejnych, w Inowrocławiu także nie zamierzał odpuszczać. Salamonik: „W nas ciśnienie podniosło się też bardzo wysoko. W szatni trener przyszedł i powiedział, że mamy zrobić wszystko, żeby wygrać dzisiejsze spotkanie. Choć mieliby nas znosić z boiska, nie możemy pozwolić im na wygranie serii 3:0 i świętowanie awansu już dziś”.

No i Górnik zacisnął zęby. Mecz nr 3 padł łupem gości. 63:62 dla biało-niebieskich, 20 „oczek” Kukuczki i Stokłosy. Spotkanie nr 4? Należało do kapitana. Marcin Stokłosa, któremu wcześniej zarzucano kłopoty z grą pod presją, stanął na wysokości zadania, notując 28 punktów (5x3). Double-double dodał Salamonik (19-10) i nasi zwyciężyli 84:75. „Mieliśmy świadomość, że w Wałbrzychu zawiedliśmy i do Inowrocławia jechaliśmy pokazać charakter. W pewnym sensie pomogli nam rywale, gdyż rozluźnili się przez ten tydzień i myśleli, że u siebie jeden mecz to wygrają z nami nawet na stojąco” – komentował wtedy boiskowe wydarzenia Wojciech Kukuczka. W serii zrobił się remis 2:2, inowrocławska wódka musiała się nadal chłodzić. Piąty, decydujący mecz w środę, 25 kwietnia miał odbyć się w Wałbrzychu!

Życie to nie film. Ale czy na pewno?

Przed batalią o awans Górnicy, niczym przed wojną, skoszarowali się w zamkniętym ośrodku w Szczawnie-Zdroju. Trener Czerniak, znowu w roli nieustraszonego motywatora, puścił zespołowi film „300”, ekranizację komiksu Franka Millera, opowiadającego historię walecznych Spartan, którzy pomimo mniejszości liczebnej stawili bohaterski opór Persom, podczas bitwy pod Termopilami w 480 r. p.n.e. Mówi się, że życie to nie film. Pewnie to prawda, ale to nie znaczy, że jest pozbawione filmowych historii. Jak te Spartan i – co miało się wkrótce okazać – Górników.

Wałbrzych oszalał na punkcie meczu ze Sportino. Bilety rozeszły się błyskawicznie, a kibice zajmowali każdą wolną przestrzeń w hali przy ul. Wysockiego: schody, odrobina wolnego pola za linią boczną, kawałek miejsca za plecami ludzi na balkonach. Napór fanów przy bramach był tak wielki, że ochroniarze w pewnym momencie przestali sprawdzać wejściówki i wpuszczali każdego.

W trzech spotkaniach sezonu 2006/07 Górnik do tej pory trzykrotnie mierzył się u siebie ze Sportino, przegrywając wszystkie potyczki. Tym razem, w najważniejszej batalii, nie dał się zaskoczyć, zwyciężając pewnie 88:74. 23 punkty padły łupem Stokłosy, 18 Kukuczki, 12 Sarana. Po końcowej syrenie rozpoczęło się szaleństwo. Uściskom nie było końca, po parkiecie lał się szampan, a siatkę z obręczy obcinał Stokłosa.

Tak tamte chwile wspominał Michał Saran: „Euforia po awansie była tak ogromna, że kibice rozebrali nas do spodenek, zabrali nam dresy. Gdy wyglądaliśmy przez okno w szatni, kibice krzyczeli do nas: „Rzućcie cos jeszcze”. Pamiętam jak Wojtek [Kukuczka] krzyknął, że my już nic nie mamy. Fani na to: „To rzućcie cokolwiek”. Wojtek spojrzał na szatnię, chwycił butelkę wody mineralnej i rzucił (śmiech). Piękne czasy”.


Wojciech Kukuczka (w wyskoku) dołączył do zespołu w trakcie sezonu 2006/2007 i od razu stał się ważnym ogniwem


Górnik Czerniaka był kolektywem, o czym po meczu w tumulcie mówił Sławomir Nowak: „Wyszliśmy z bardzo ciężkiej sytuacji, wielu spisało nas na straty, ale pokazaliśmy, że nie jesteśmy jak dłoń, w której można wyłamać palce, ale jak pięść, której nie da się złamać. Pokazaliśmy charakter”. O spełnieniu młodzieńczych marzeń o awansie do elity mówili z kolei miejscowi gracze, czyli Glapiński, Kowalski i Dymarski. Świętowanie z hali szybko przeniosło się do miasta, gdzie ciemne niebo rozświetliły fajerwerki.

Kto przełykał gorycz porażki po stronie Sportino? Jest kilka interesujących nazwisk. Przede wszystkim Krzysztof Szubarga, który wtedy wrócił z ekstraklasy do I ligi, by pomóc klubowi z rodzinnych stron w promocji o jeden szczebel wyżej. Ten sam Szubarga, który niewiele ponad 2 lata po meczu w Wałbrzychu był już pierwszym rozgrywającym reprezentacji Polski podczas Eurobasketu, odbywającego się w naszym kraju. 20 punktów dla gości w starciu nr 5 zaliczył Łukasz Wichniarz, w kolejnym sezonie już koszykarz Górnika, z którego katapultował się do gry z orzełkiem na piersi. W składzie Sportino byli także Michał Gabiński (etatowy gracz ekstraklasy, przymierzany rok temu do Górnika, aktualnie Śląsk Wrocław), Kamil Piechucki (niedawno trener ekstraklasowej Spójni Stargard) oraz Michał Świderski (w hali przy ul. Wysockiego, jedenaście lat później, przegrał awans do I ligi jako gracz Księżaka Łowicz).

Choć mało kto o tym dziś pamięta, to po serii ze Sportino pewni awansu Górnicy zmierzyli się z Basketem Kwidzyn w dwumeczu o mistrzostwo I ligi. W tamtej serii trener Czerniak pozwolił odpocząć czołowym koszykarzom, co ułatwiło Basketowi dwie wygrane. Wygrane, które nie miały jednak żadnego znaczenia, bo srebro z 2007 roku było dla wałbrzyszan na wagę złota.


Dobitka czy awans?

Podczas fety po meczu ze Sportino trenera Czerniaka podrzucali w powietrze fani biało-niebieskich. Podrzucany i podrzucający puścili przeszłość w niepamięć. Przeszłość, w której Czerniak, jako gracz Śląska, zapewne nasłuchał się pod Chełmcem niewybrednych epitetów na swój temat. Ciekawe, czy po latach ten wrocławianin powraca pamięcią do dobitki z 1991 roku? Wydaje się, że wcześniej przyjdzie mu na myśl seria ze Sportino i to, jak zakochali się w nim wałbrzyscy kibice. Na początku lat 90. swoją dobitką pomógł ratować magiczny mecz legendarnego Dariusza Zeliga, przyczyniając się do złota mistrzostw Polski dla Śląska. W 2007 roku, gdy znowu jego zespół znalazł się pod ścianą, zrobił coś znacznie większego – swoją pracą na ławce trenerskiej i wiarą w sukces do samego końca pomógł całemu środowisku koszykarskiemu w Wałbrzychu, na zawsze zapisując się w historii.

Dominik Hołda

Fot. (red)

Przypominamy wcześniejsze części:
Wałbrzych koszykówka: Srebro na wagę złota cz. II
Wałbrzych koszykówka: Srebro na wagę złota cz. I

Artykuł ukazał się na łamach tygodnika "WieszCo" - pełny numer tygodnika do pobrania w formacie pdf na stronie www.wieszco.pl