Rafał Glapiński zakończył karierę. Wychowanek i wieloletni kapitan Górnika zapisał się nie tylko w historii wałbrzyskiej koszykówki, ale i w mojej własnej.


"Nic nie trwa wiecznie, niebezpiecznie jest wierzyć w to, że coś trwa wiecznie".

Tak nucił Sidney Polak, otwierając wino ze swoją dziewczyną. Choć trzeba mu przyznać rację, to dla wielu kariera Rafała Glapińskiego trwała niemal wieczność. Jest spora grupa wałbrzyszan, która od dobrych kilku lat może już głosować, a nie pamięta za swojego życia czasów bez „Glapy” na parkiecie.

Ustalmy na początku jedno. Glapiński nie święcił z Górnikiem spektakularnych triumfów, nie był wielką gwiazdą kolejnych biało-niebieskich drużyn, nie zdobywał mnóstwa punktów, nie grał jakoś bardzo widowiskowo. Sam o sobie kiedyś powiedział, że nie miał za wiele talentu do basketu, a to, co osiągnął w zawodowym sporcie, zawdzięcza wyłącznie swojej pracy. Gdy przypomnimy sobie jego dość pokraczny rzut z dystansu, często z tzw. „kolanka”, wiemy, że w jego grze były elementy niedoskonałe. Tak jak, według niektórych, niedoskonałe są jego pierwsze kroki w świecie polityki.

Ale Rafał Glapiński to także żywa, współczesna historia Górnika. 456 meczów, wszystkie poziomy rozgrywkowe w Polsce, aż 18 sezonów w pierwszej drużynie.  Niebywała długowieczność. „Glapa” to symbol przejścia od zbuntowanego nastolatka do odpowiedzialnego trenera juniorów, który ma młodszemu pokoleniu mnóstwo do przekazania. To typ boiskowego aktora, dla którego mecz był spektaklem. Czasem ten aktor był kuglarzem, nabierającym rywali kolejnymi sztuczkami w obronie czy w ataku. Innym razem bywał czarnym charakterem, prowokatorem, polującym na młodszych zawodników rywala, wyprowadzając ich z równowagi. Nierzadko stawał się też profesorem, kapitalnie czytając grę i wymuszając faule oraz prowadząc niezliczone dysputy z sędziami. „Glapa” grywał także bohatera, rzucając się Górnikowi na pomoc w trudnych momentach spotkań. Przez lata był żołnierzem w biało-niebieskim hełmie. Mecz był dla niego wojną. Jeżeli byłeś po tej samej stronie barykady, doceniałeś jego wysiłek. Jeżeli stałeś po drugiej stronie – niejednokrotnie kipiałeś ze złości.

Tak… Rafał Glapiński to kawał historii Górnika.

Ale nie tylko Górnika.

„Glapa” to również ważny element mojej własnej historii.




Jego kariera była wyjątkowo długa, a dla mnie stała się wyjątkowo symboliczna. Jest punktem zerowym, od którego kreśliłem własną, koszykarską linię czasu. Bo to właśnie z wychowankiem Górnika wiążą się moje pierwsze biało-niebieskie wspomnienia.

Nie mam prawa pamiętać największych sukcesów wałbrzyskiego klubu. Urodziłem się rok po ostatnim mistrzostwie Polski, zdobytym w 1988 roku. Spoglądający z czarno-białych zdjęć wąsaci czempioni są dla mnie jak kartka z podręcznika do historii. Zamierzchła przeszłość, którą znam jedynie z relacji i opowiadań. Co innego Glapiński w wersji retro, z charakterystyczną fryzurą w warkoczyki, wlepiony wzrokiem w obiektyw aparatu. Ten nastoletni rozgrywający to moja najbardziej zakurzona pamiątka lokalnego basketu. To 2000 rok, wicemistrzostwo Polski juniorów starszych Górnika, które jako 11-latek z zapartym tchem śledziłem na żywo, niemal od deski do deski.

I tak mijały lata. Dorastałem wraz z kolejnymi sezonami biało-niebieskich, a Glapiński coraz bardziej zmieniał się ze zbuntowanego „Ivera” w refleksyjnego „Glapę”. Rozgrywający z Wałbrzycha biegał po parkiecie, a na linii czasu pionowa kreska zaznaczała kolejne odcinki: spadek, awans, kolejny awans, krach, ponownie spadek.

W pewnym momencie z linii czasu wypadł i Glapiński. Będący mocno pod kreską Górnik stał się kresem wytrzymałości kapitana. Gdy ten wybrał wrocławskiego Śląska, groził mu z kolei bezkres, ale hejtu ze strony wałbrzyskich kibiców. Pamiętam pewien mecz we wrocławskiej „Kosynierce”. Druga liga, WKS odprawił z kwitkiem kolejnego rywala, by potem cieszyć się ze zwycięstwa ze swoimi fanami. W pierwszym rzędzie radujących się koszykarzy zabrakło „Glapy”. Stanął gdzieś z tyłu z niewyraźną miną, a dłonie zebrały się do skromnych oklasków. Nie jego klub, nie jego bajka.

Gdy wrócił po czteroletniej tułaczce po Polsce, wałbrzyski zespół szurał po trzecioligowym dnie. Kapitan pomógł wyciągnąć go za uszy do ligi centralnej. Serce Górnika ponownie zabiło, bił też licznik występów kapitana w jego ulubionych barwach.

Kolejny sezon wałbrzyskiego klubu będzie pobudką w innej rzeczywistości. Nie tej pandemicznej, a tej bez Glapińskiego w roli czynnego zawodnika. Nadszedł nowy początek nie tylko dla kapitana, ale i dla mnie. Mam wrażenie, że jakaś niewidzialna dłoń odwróciła dwadzieścia lat temu klepsydrę i właśnie teraz nadszedł moment, gdy ostatnie ziarnko piasku przesypało się przez wąską rurkę. Coś się skończyło dla nas obu.

"Nic nie trwa wiecznie, niebezpiecznie jest wierzyć w to, że coś trwa wiecznie" 


Czytaj także:

A NUMER JEGO 424. KAPITAN PRZECHODZI DO HISTORII


DWADZIEŚCIA LAT MINĘŁO JAK JEDEN RZUT