Do 13 stycznia w Bibliotece pod Atlantami można oglądać wystawę „Olga Tokarczuk na świecie – przekłady, odgłosy prasy, fotografie”. Znana pisarka spotkała się też z wielbicielami swojej twórczości, opowiadała o swoim życiu w Wałbrzychu i stwierdziła, że nasz region jest tak atrakcyjny literacko, że pisarzy powinno się tu osiedlać... przymusowo.


Języki całego świata i zdjęcia alei

- Kiedy zbierałem materiały do tej wystawy, z dnia na dzień utwierdzałem się w przekonaniu, że ta twórczość jest ciekawa dla świata. Znajduje uznanie u krytyków i ma swoją światową recepcję. Są tu nie tylko informacje o jej książkach, ale także zdjęcia i udało nam się Olgę przekonać, żeby pokazała nie tylko te ze spotkań autorskich czy targów, ale i te prywatne. Jestem bardzo wdzięczny tłumaczom z Ukrainy, Litwy, Szwecji, Finlandii i Węgier, którzy dzielili się z nami swoimi archiwami – mówił podczas otwarcia wystawy jej organizator Jacek Czarnik.

Jak dodał organizator, związana z Wałbrzychem pisarka zajmuje pierwsze miejsce wśród żyjących polskich autorów, jeśli chodzi o liczbę jej dzieł wydawanych poza krajem – i jest w pobliżu pierwszej dziesiątki, jeśli chodzi o przekłady wszystkich wybitnych Polaków pióra.

- Widzę tu mnóstwo znajomych twarzy i cieszę się, że przyjechałam do Wałbrzycha. Chciałabym podziękować Jackowi i Małgosi Laszczak za zrobienie porządku w moim archiwum, bo sama byłam zdumiona, jak ciekawe i egzotyczne rzeczy miałam pochowane w pudłach. Okres mojego zamieszkania tutaj i związków z tym miastem jest wciąż aktywny – mówiła podczas otwarcia Olga Tokarczuk.


Wałbrzyscy alkoholicy, Muminki i wiersze

- Dzisiejszy wieczór należy do Wałbrzycha – dodała kilka minut później w czytelni, rozpoczynając spotkanie autorskie. – Mieszkałam z obecną tu Danutą  Góralską-Nowak na jednej klatce na Szlifierskiej, a obok nas mieszkał aktor Leszek Lichota. Był wtedy jeszcze małym bajtlem. To wtedy ukuliśmy z Leszkiem taki okrzyk: „Szlifierska rządzi!”

Pisarka opowiadała, jak w latach 80-tych przyjechała do Wałbrzycha jako świeżo upieczony psycholog, z powodów sercowych, bo stąd był jej pierwszy mąż. Zdradziła, że od razu rozpoczęła pracę z alkoholikami i to ona założyła pierwszy w naszym mieście Klub Abstynenta i grupę Anonimowych Alkoholików. – To wyczerpująca praca, całe życie jest zaangażowane w pracę z pacjentami, więc nawet, jak urodziłam syna, to zasuwałam z wózkiem, bo nie było podziału na życie prywatne i służbowe. Wtedy dla równowagi pisałam poezje.

Po kilku latach przyszła pisarka poczuła się wypalona zawodowo i zmieniła profesję. Zaczęła próbować swoich sił w biblioterapii w Wojewódzkim Ośrodku Metodycznym w Wałbrzychu, pod skrzydłami Ireny Boreckiej, którą uważa za swoją szefową życia. Wtedy napisała publikację o terapeutycznym znaczeniu baśni o Muminkach, która do dziś żyje swoim życiem.


Czerwone maszynopisy, Jung i jaki zawód w rubrykę?

Olga Tokarczuk wspominała okoliczności powstawania swojej debiutanckiej powieści „Podróż ludzi księgi” w okolicach 1989 roku, w mieszkaniu na Szlifierskiej, gdy mogła pisać tylko przez kilka wieczornych godzin, kiedy jej mały syn spał. Potem rozsyłała książkę po wydawnictwach bez większego odzewu. – Nie mogłam znaleźć wydawcy na ten dziwaczny debiut, oderwany od rzeczywistości. To graniczyło z cudem, że udało mi się dotrzeć do wydawnictwa „Przedświt”, gdzie książka się spodobała i dostałam pierwszą redaktorkę z prawdziwego zdarzenia, Bożenę Szewczyk. Okazało się, że to, co ja uważałam za język polski, wcale nim nie było... Ona przejechała jak walec przez mój tekst i gdyby państwo zobaczyli ten pierwszy maszynopis, włos by się państwu zjeżył na głowie. Wydawnictwo wychodziło wtedy z podziemia, nie miało pieniędzy, poproszono mnie, żebym zapłaciła za papier, na którym wydrukowano książkę – wspominała pisarka.

Olga Tokarczuk uważa, że dostała ogromną szansę od losu, bo pisarzy debiutowało po roku 1989 mnóstwo. Pierwsza nagroda, Polskiego Towarzystwa Wydawców Książki, uratowała ją przed losem tych, którzy w swoim życiu tylko zadebiutowali. Wtedy zauważył ją PIW i mogła wydać drugą, prawie już gotową książkę – „E. E.”. To dodało jej skrzydeł i wkrótce założyli z mężem naukowe wydawnictwo „Unus”. – Włożyliśmy ogromny wysiłek w to, by przetłumaczyć i wydać „Krytyczny słownik psychologii jungowskiej”. Dziś myślę, że to było szaleństwo, bo skoro Polacy nie znali Junga, to po co im był słownik? Ale jestem trochę dumna, bo ta mała książeczka wprowadziła coś do polskiej psychologii, na przykład to, że dziś raczej mówi się „archetypowy”, a nie „archetypiczny”. Wydawaliśmy też liczne książki metodyczne dla nauczycieli. Podobno są w obiegu do dzisiaj – wspominała.

 Po „Prawieku” Olga Tokarczuk uświadomiła sobie, że już nie jest w stanie dłużej godzić zajmowania się domem i dzieckiem z pracą zawodową i pisaniem. Wtedy też,  pewnego dnia, wypełniając podczas podróży zagranicznej ankietę przy odprawie celnej, mimo oporów w rubrykę „zawód” po raz pierwszy wpisała „writer”.


Zwariowałabym bez Dolnego Śląska

Podczas spotkania padło pytanie, czemu pisarka tak bardzo oddaliła się od Wałbrzycha w swoich książkach. – Nie porzuciłam tych magicznych rejonów. To nie ja znajduję temat, to temat mnie znajduje. Mam ich sporo w kolejce. I mam wyjątkowe szczęście, ze jestem związana z Dolnym Śląskiem, bo to miejsce jeszcze zupełnie nieopowiedziane i bardzo potrzeba tu pisarzy. Należało by ich tu zsyłać i osiedlać siłą. Nie mamy swojej historii i ilość tematów, wątków, mitów, które należałoby tu opowiedzieć, jest nieskończona. Ten teren jest wciąż tajemniczy, nie ma swojej sagi i w tych zamazanych przestrzeniach wciąż widzimy obcość. I tak będzie, dopóki sobie tego regionu nie opowiemy przez książki czy filmy.

Dalej Olga Tokarczuk przyznała: - Zwariowałabym, gdybym porzuciła Dolny Śląsk. Ja z tego miejsca czerpię energię. Ale nie potrafię się skoncentrować wokół jednego tematu. Po okresie zakorzeniania się w Krajanowie, gdzie napisałam „Dom dzienny, dom nocny”, poczułam potrzebę ruszenia w podróż i tak powstali „Bieguni”. A pochodzę z rodziny, która przenosiła się z miejsca na miejsce, ale opowieść o utraconych Kresach była dla nas zawsze bardzo ważna.

Przyszłość: w przyszłym roku może ukazać się książka złożona z opowiadań, których pomysły przyszły pisarce do głowy w trakcie długiej pracy nad „Xięgami Jakubowymi”. 24 lutego wejdzie do kin „Pokot” Agnieszki Holland, kręcony w okolicach Kłodzka i Nowej Rudy, a oparty na „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. A co z powieścią o Sokołowsku?

- Jest już jej całkiem sporo, to będzie horror. Nowela. To ciągle „project in progress”, projekt rozwojowy. Ale nie zaglądałam do niego już od dawna. Za wcześnie, żeby mówić o tytule czy fabule. Teraz mam inne zobowiązania, ale to się pojawi, prędzej czy później. W tematycznym sensie wracam znów na Dolny Śląsk – zapowiedziała Olga Tokarczuk.

 
Czytaj też:
OLGA TOKARCZUK ZASŁUŻONA DLA MIASTA WAŁBRZYCHA
OLGA TOKARCZUK ODWIEDZI WAŁBRZYCH

a także:
GRZEGORZ KASDEPKE POD OSTRZAŁEM DZIECIĘCYCH PYTAŃ (ZDJĘCIA)
GRUDZIEŃ W BIBLIOTECE POD ATLANTAMI
JOANNA JODEŁKA: PISANIE UZALEŻNIA I MOŻE DOPAŚĆ KAŻDEGO
MAREK KRAJEWSKI: W WAŁBRZYCHU ZDOBĘDZIE MĘSKIE SZLIFY?

Tekst i foto: Magdalena Sakowska