Prowadzone przez siostry niepokalanki gimnazjum i liceum na Sobięcinie świętowało swoje 70-lecie i 30-lecie beatyfikacji patronki, bł. Marceliny Darowskiej. Do szkoły na uroczystość przyjechało kilkaset absolwentek, poświęcono też tablicę pamiątkową, a uczennice przygotowały na tę okoliczność specjalny rocznicowy dąb, symbolizujący historię szkoły w Wałbrzychu.

Szkoła - historia i teraźniejszość

W szkole uczy się obecnie 65 dziewcząt, z czego połowa mieszka w internacie. Po 1989 roku zmienił się zdecydowanie jej profil – przedtem była szkołą katolicką, a było ich w kraju tylko kilka, więc przyjeżdżały tu do internatu dziewczęta z całego kraju. Odkąd takich szkół jest więcej, uczennice są przede wszystkim z Dolnego i Górnego Śląska oraz z województwa lubuskiego.

 
- Nasza szkoła jest szkołą specyficzną, jako szkoła katolicka dla dziewcząt. Część z nich mieszka u nas, część dojeżdża z okolicznych miejscowości. Dużo się zmieniło, jeśli chodzi o profil uczennic. Kiedyś przychodziły, bo chciały się uczyć w szkole katolickiej, teraz interesują się wynikami szkoły, które są dostępne w internecie. Widać tam, że te wyniki są niezłe, jeśli chodzi o egzamin maturalny czy gimnazjalny. Te wyniki przekonują i ludzie patrzą na szkołę już inaczej - mówi siostra Daniela, która od 22 lat uczy w szkole historii i wiedzy o społeczeństwie.

 
Szkole udało się funkcjonować nieprzerwanie przez 70 lat, choć najcięższy okres przetrwała w czasach stalinizmu – w latach 1950-1956 odebrano jej uprawnienia szkoły publicznej i wychowanki musiały zdawać maturę ze wszystkich możliwych przedmiotów z wychowaniem fizycznym włącznie. Potem szkoła teoretycznie odzyskała uprawnienia, ale wciąż je odbierano na jakiś czas, niekiedy 2 miesiące przed maturą, więc dziewczyny i tak przygotowywały się ze wszystkiego. Taki stan rzeczy trwał aż do lat 80-tych.

 
A dokąd po szkole?

Dziś, jak wszystkie szkoły prywatne – a także szkoły publiczne – liceum i gimnazjum sióstr zmagają się z problemem naboru. Niż demograficzny uderza przede wszystkim w placówki prywatne, ale siostry starają się z optymizmem patrzeć w przyszłość. - W tym roku uczennic przyszło trochę więcej niż w poprzednim, teraz rozeznajemy, jakie są ich oczekiwania – mówi siostra Daniela.

 
Wbrew literackiemu stereotypowi wychowanki szkoły katolickiej absolwentki wałbrzyskiego liceum idą w świat i rozwijają tam kariery zawodowe. Podczas jubileuszu swój spektakl pokazała Ewelina Góral-Kaufmann, która wraz z mężem, Klaudiuszem Kaufmannem, założyła w Warszawie teatr. Danuta Nakoneczna powołała Stowarzyszenie Szkół Twórczych. Anna Grocholska jest malarką.  Jedna z absolwentek pracowała w ambasadzie Australii i Nowej Zelandii.

Inne absolwentki zostały historyczkami sztuki w Zamku Królewskim i Muzeum Narodowym we Wrocławiu, pracownicami naukowymi na uniwersytetach, prawniczkami, archeologami, lekarkami - jedna z nich pracowała w ministerstwie zdrowia. Absolwentki studiują też za granicą, na przykład... zarządzanie modą w Walii. Jedna z najstarszych absolwentek była uczestniczką Powstania Warszawskiego. – Ale mamy też wychowanki, które na pytanie o karierę odpowiadają z dumą, że wychowują swoje dzieci i to jest ich osiągnięcie – dodaje siostra.

 O dawnych czasach i cieknących rurach
 
W Wałbrzychu mieszka 20 sióstr niepokalanek, z czego osiem uczy w szkole. Pod opieką mają zabytkowy budynek z 1873 roku. Został on wybudowany przez Amalię von Czettritz na potrzeby sierocińca dla dzieci górników, którzy zginęli w wałbrzyskich kopalniach. Dama ta przekazała opiekę nad instytucją siostrom elżbietankom, później przejęły ją siostry de Notre Dame, które do II wojny światowej prowadziły dom dziecka i ochronkę, czyli ówczesne przedszkole dla dzieci z Sobięcina.

 
- W czasie wojny hitlerowcy zajęli budynek i zrobili tu obóz przejściowy dla Słowian. Przywieziono tu dużą grupę Polaków z Wołynia, którzy potem trafili na roboty przymusowe w Niemczech. Jedna z sióstr, która przyjechała do nas w latach 50-tych, mówiła, że ma déjà vu, że już tu kiedyś była. Okazało się, że została wywieziona na roboty z matką i podczas transportu nocowały właśnie w tym domu – opowiada siostra Daniela.

 
Ogromny zabytkowy gmach to duża odpowiedzialność, a i nie jest w nim łatwo – cały czas a to pękają rury, a to psuje się coś innego. Siostry piszą projekty do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, dzięki którego dotacjom odremontowano już dach na szkole i tak zwanym białym domku, odmalowano też ich elewacje. Remont był możliwy dzięki pomocy województwa i miasta. Teraz zakonnice chcą się ubiegać o dotację na remont dawnego kurnika, gdzie mieści się siedziba fundacji, a ponieważ szkoła została wpisana do planu rewitalizacji Wałbrzycha, chcą też między innymi odnowić boisko szkolne. Pod ich opieką jest też cenny ogród, o którym więcej napiszemy wkrótce.

 
Szkoła z Sobięcina

Placówka stara się uczestniczyć w życiu dzielnicy. Działa w niej Fundacja Edukacyjna im. S. Wandy Garczyńskiej, która od 4 lat prowadzi świetlicę środowiskową i pozyskuje dotacje na zajęcia dla dzieci.

 
- Współpracujemy też z MOPS-em prowadząc bezpłatne kursy dla jedenastu młodych bezrobotnych kobiet z Sobięcina, ucząc szycia i gotowania, żeby zwiększyć ich umiejętności. Wcześniej obserwowałyśmy, że wiele z nich ma niskie poczucie własnej wartości, bo nie mają doświadczenia zawodowego czy wykształcenia, a ich synowie chodzący do nas do świetlicy potrafią twierdzić, że umieją więcej niż matka – mówi siostra Daniela.

 
W świetlicy jako wolontariuszki pracują uczennice liceum i gimnazjum, w sumie 10 dziewcząt. Jak się czuje dzisiejsza wychowanka szkoły katolickiej?

 
Dziewczyny w mundurkach

- Tu jest bardzo fajnie, miła atmosfera. Na początku było trudno się przyzwyczaić, że nie można nosić spodni, że nie ma chłopaków, że siostry uczą, że o 21.30 trzeba iść spać, że internet jest ograniczony - wyliczają uczennice I klasy gimnazjum. – Ale siostry są miłe, nauczyciele fajni, bardzo dobre posiłki i sympatyczne koleżanki. I szkoła jest ładna, klasy dostosowane do przedmiotów.

 
A z czym się muszą liczyć chętne do uczenia się w szkole?

 
- Kandydatka musi chcieć być w szkole zakonnej, gdzie trzeba się dostosować do wymogów jeśli chodzi i strój, do zaplanowanego czasu, do tego, że rzadko wychodzi się samotnie na miasto. To nie jest ścisły rygor, przypomina to zasady panujące w domu. Słyszałam absolwentki mówiące, że dzięki temu planowaniu nauczyły się zarządzać czasem. Chciałybyśmy, żeby to był dla nich dom. Może trochę nam się udaje, bo absolwentki utrzymują z nami kontakt, piszą do nas o życiu rodzinnym i zawodowym – mówi siostra Daniela.

 
Tekst i foto: Magdalena Sakowska