Pierwsza runda Suzuki 1 Ligi za nami. Górnik Trans.eu Wałbrzych wygrał dwanaście z szesnastu meczów i utrzymuje się w czołówce. Na kolejne tygodnie zmagań nie spoglądamy jednak przez różowe okulary. Dominują odcienie czerwieni.

Krew

Ten obraz nadal tkwi w mojej głowie. Mówi więcej niż tysiąc słów. Plama krwi na białej koszulce meczowej Kamila Zywerta zrobiła na mnie wrażenie. Było to po meczu z GKS-em Tychy, wygranym przez wałbrzyszan po dogrywce. W finalnym meczu przed Bożym Narodzeniem nasi sprawili kibicom świąteczny cud, odwracając losy spotkania w ostatniej (dosłownie) sekundzie. Pomeczowa konferencja prasowa miała tradycyjnie miejsce w ciemnym, pozbawionym okien pomieszczeniu technicznym Aqua Zdroju. Koszykarze oraz trenerzy zapragnęli rzucić nieco światła, życząc kibicom wszystkiego dobrego podczas Świąt. Zamiast Św. Mikołaja w czerwonym kubraczku, w głowie pozostał jednak obraz krwi na trykocie naszego rozgrywającego. To symbol walki, oddania i poświęcenia, silny argument w ustach Górników, które apelowały do kibiców o ciągły szacunek i nieustanne wsparcie.  

Złość

Apel nie wziął się znikąd. Podczas meczu z GKS-em kibice czerwienili się ze złości. Wrażenia z parkietu przyprawiały ich o ból głowy i wywoływały grymas na twarzy, czego efektem były pozbawione pochlebstw okrzyki. Górnik pokonał rywala sumą indywidualności, a nie siłą zespołu. W kolejnym już ligowym meczu biało-niebieskim zabrakło wyrazu i polotu. Krzysztof Jakóbczyk bez powodzenia szuka otwartych pozycji do rzutu, Damian Cechniak od dawna walczy z urazami, a funkcjonowanie zespołu jest ściśle uzależnione od obecności na parkiecie wspomnianego Zywerta. Serie zwycięstw znikają z pamięci jak zeszłoroczny śnieg. Gnieżdżą się z kolei myśli o niemocy w Opolu, wstydliwej porażce w Łowiczu, czy nokaucie w Łańcucie. Wałbrzych jest sportowo nienasycony, niespełniony, niecierpliwy. Koszykarze od trzech sezonów usiłują wyważyć drzwi na salony. Dwa lata temu przeszkodziła pandemia, przed rokiem zabrakło dwunastu minut w decydującym meczu finałów. Porażka jest jak otwarta, niezaleczona rana. Piecze i domaga się zwycięstw. Złotego pucharu, który w maju ma okazać się jedynym skutecznym remedium na wszelkie bolączki.

Ostrzeżenie

Czerwony nas ostrzega. W sygnalizacji drogowej to postój, z kolei w górniczej koszykówce może oznaczać zastój. Po raz pierwszy od lat w Wałbrzychu głośno i wyraźnie mówi się o chęci powrotu do elity, o pościgu za urzeczywistnieniem marzeń. Samorządowcy, sponsorzy, fani, zawodnicy, trenerzy, członkowie zarządu – wszyscy jednoczą się w pogoni za szczęśliwym zakończeniem. Pęd paradoksalnie może przeobrazić się w postój, bo kłody pod nogi rzuca presja. Wydaje się olbrzymia, wychodzi na parkiet, czai się za plecami, przypomina o sobie w każdej kolejce. Myśl o awansie rozpala zmysły, ale także przytłacza. Dla wielu to jedyna droga, pozbawiona bocznych uliczek czy alternatywnych rozwiązań. A jeżeli się nie uda? Co czeka Górnika za zakrętem? To może być podróż w nieznane. Od rzeczywistości do nicości w jeden krok. Dwa światy może oddzielić jeden rzut, jeden punkt, jedna sekunda. Pierwsza runda była ostrzeżeniem przed rychłą zgubą lub… eksplozją radości.

Miłość

Trzymajmy kciuki, uwierzmy w powodzenie tej misji, a presji nie wpuszczajmy do hali. Górnik przegrał cztery mecze, ale wygrał przecież dwanaście. Nie jest liderem, ale siedzi przy tym samym stole z największymi w Suzuki 1 Lidze. To doskonała pozycja do ataku, wywrócenia stołu i rewolucyjnego przewrotu. Żaden z rywali nie dysponuje zawodnikami z większym potencjałem i talentem. To Górnik ma w swoich szeregach Piotrka Niedźwiedzkiego, który gdy tylko złapie tchu w piersiach, będzie dla rywali śmiertelnie groźny. W Wałbrzychu jest dwóch MVP ligi z przeszłości, kilku graczy wybieranych do piątki sezonu, są centymetry, są strzelcy, nie brakuje atletów, czy żołnierzy od zadań specjalnych. Najgroźniejszym rywalem biało-niebieskich w dalszej części sezonu będą oni sami. „Na papierze” nie ma na naszych mocnych. Mówią, że papier przyjmie wszystko. Napiszmy zatem romantyczny wiersz, piękną opowieść o lokalnej drużynie. Nawiążmy wraz z zawodnikami do bogatej historii. Czerwony przecież symbolizuje także gorące uczucie. Kibicujmy z miłości do klubu i barw, z poczucia przynależności do koszykarskiej wspólnoty. Niech najbliższe miesiące pod koszem nas rozgrzeją. Do czerwoności.


Foto: Alfred Frater


Artykuł ukazał się na łamach tygodnika "WieszCo" - pełny numer tygodnika do pobrania w formacie PDF na stronie www.wieszco.pl.