Marcin Radomski, trener pierwszoligowych koszykarzy Górnika Trans.eu Wałbrzych, opowiedział nam o dominacji Piotra Niedźwiedzkiego, o swojej filozofii basketu ujętej w czterech filarach oraz o tym, kiedy oczekuje od swoich zawodników wylania krwi na parkiecie.

Dominik Hołda, Wałbrzych dla Was:

W programie „Cafe Basket” bydgoscy komentatorzy stwierdzili, że w najlepszej formie w Górniku jest… trener Marcin Radomski. Wielu podziela ich zdanie, że to właśnie Pan jest ojcem korzystnego bilansu 4-3 na tym etapie sezonu. Zgadza się Pan z takimi opiniami?

Marcin Radomski:

Miło, że ktoś docenia moją pracę, ale ojcem korzystnego wyniku jest cała drużyna. Staram się wykonywać ją  jak najlepiej potrafię, ale tak samo dobrą pracę dokłada do tego nasz fizjoterapeuta Jakub Marczak, czy mój asystent Mateusz Kłyż. Obaj zaczynają dopiero pracę w seniorskiej koszykówce, ale już mogę powiedzieć że są ogromną wartością dodatnią. Nasza praca jednak nie miałaby żadnego sensu bez pracy, którą wykonują zawodnicy, a z niej jestem strasznie dumny. Wiem, że wiele osób może to zdziwić, widząc mnie na meczach jak reaguję. Czasami zapominam o tym, że w naszej drużynie większość debiutuje na poziomie 1. ligi. Rozwój wymaga czasu, ale to jak pracujemy na treningach, to jak przygotowujemy się do meczów, to jest ojcem obecnego bilansu. Wiele wymagam od siebie, wiele wymagam od reszty swojego zespołu trenerskiego, a także od zawodników, bo tylko tak można osiągnąć maksimum swojego potencjału i osiągać cele, które kiedyś były tylko marzeniem, a za chwilę stają się realne do osiągnięcia.


Marcin Radomski prowadzi Górnika od lata 2017 roku. Już w pierwszym roku pracy awansował z biało-niebieskimi do 1. ligi. W przeszłości na zaplecze ekstraklasy doprowadził Doral Nysę Kłodzko

W jednym z amerykańskich podcastów Steve Kerr, trener aktualnych mistrzów NBA, Golden State Warriors powiedział, że przeglądając po meczu statystyki zwraca uwagę jedynie na trzy elementy: skuteczność rywali z gry (pokazuje, czy potrafimy bronić), asysty (wskazuje, czy gramy zespołowo) oraz straty (czyli, czy szanujemy piłkę). Na jakie elementy w statystykach zwraca Pan szczególną uwagę?

Poza taktyczną stroną mam swoje takie cztery filary, które definiują, co drużyna ma grać i na co zwracam uwagę. Chodzi o agresywną obronę, szybki atak, atak „deski” i granie zespołowe. W statystykach szukam rzeczy, które są odpowiednikiem tych założeń, czyli punkty z szybkiego ataku oraz punkty zdobyte po stratach, zbiórki w ataku i punkty drugiej szansy, czyli te, które zdobywa się po zbiórce w ataku oraz ilość zbiórek przeciwnika w ataku, bo one determinują ilość szybkich ataków, które mamy możliwość wyprowadzić.

Obrony w statystykach można szukać w skuteczności, przechwytach, ale ona dla mnie jest widoczna najbardziej w aspektach, które w statystykach ogólnych są niewidoczne. Tu już bardziej trzeba korzystać z analizy wideo lub bardziej skomplikowanych narzędzi statystycznych. Zespołowość to asysty, ale to też nie jest jakiś wyznacznik, bo są akcje, gdzie czterech zawodników wykona super podania, ale tylko jeden będzie miał asystę, więc dla mnie liczy się czy gracze atakują przeciwnika w odpowiedni sposób i ja jestem zwolennikiem atakowania podaniem, choć wiadome, że są takie akcje i obrony które trzeba atakować kozłując.

Kończąc uważam, że jeżeli bronimy agresywnie i dołożymy piętnaście punktów z ataku szybkiego i tyle samo  „drugiej szansy”, jeżeli dołożymy do tego zespołowe granie, to dużo mniejsze znaczenie będzie miało to, czy trafiamy z dystansu czy nie. A co najważniejsze te rzeczy o których wspomniałem zależą tylko od nas, bo czasami się trafia, czasami nie, ale bronić można zawsze, biegać do kontry można zawsze, atakować „deskę” czy dzielić się piłką też. Gdy drużyna to robi, to zwiększa szanse by wygrać „brzydkie” mecze, taki jak np. z Pruszkowem.

Wracając do statystyk – Górnik trafia w tym sezonie bardzo słabe 22% rzutów za 3 (w tym mizerne 9% skuteczności w starciu z WKK Wrocław oraz 12% w pojedynku z Sokołem Łańcut). Czy w takim razie biało-niebieskim brakuje solidnego strzelca na obwodzie?

Usłyszałem kiedyś od trenera z ekstraklasy, że w drużynie nigdy nie ma za dużo strzelców, więc na obecnym etapie sezonu pewnie by się taki przydał, natomiast ja wiem, że ta nasza skuteczność będzie szła w górę. Mamy graczy, którzy trafiają na treningach i są predysponowani do trafiania i oni będą trafiać. Zasada u nas jest taka, że jak ktoś ci wypracuje pozycję, to masz rzucać. My musimy się skupić na tych rzeczach o których powiedziałem wcześniej i jak je będziemy dobrze egzekwować to piłka będzie wpadała do kosza, tak jak to miało miejsce w czwartej kwarcie z Prudnikiem, w ostatniej kwarcie z Pruszkowem czy w meczu z Kutnem.

Piotr Niedźwiedzki jest w tym momencie drugim strzelcem i drugim zbierającym 1.ligi. Nie za bardzo zdominował grę biało-niebieskich?

Jeżeli ma się w drużynie zawodnika, który dominuje na swojej pozycji to zadaniem całej drużyny jest taka organizacja gry, aby ten gracz dostał piłkę tam gdzie jest najskuteczniejszy i żeby ustawienie pozostałych graczy sprzyjało do wykorzystania tej sytuacji. Taka jest różnica pomiędzy dominującymi graczami z obwodu, a graczami podkoszowymi. Na punkty podkoszowych pracuje cała drużyna, graczom obwodowym łatwiej wejść w posiadanie piłki. Miewamy złe momenty z Piotrkiem na boisku, jak i dobre momenty bez Piotrka. Natomiast nie ma co dyskutować, że z nim na boisku jesteśmy dużo lepszą drużyną, zarówno jeżeli chodzi o grę w ataku, jak i w obronie.


Mateusz Kłyż (pierwszy z lewej) oraz Jakub Marczak (w środku) to nowi ludzie w sztabie Radomskiego

Niedawno dokonał Pan zmian w wyjściowej piątce zespołu, do której powrócił Damian Durski, a swoją szansę dostał Krzysztof Spała. Czym ta zmiana jest spowodowana?

Szukałem bardziej defensywnej pierwszej piątki, która na starcie spotkania nie pozwoli złapać rytmu przeciwnikom. Jednak nie przywiązywałbym do tego jakieś większej wagi, kto wychodzi na boisko w pierwszej piątce. Zestawienia są różne, czasami zależą od przeciwników, czasami od dyspozycji, a w naszej drużynie każdy może wyjść w pierwszej piątce.

Za wami kilka meczów w nietypowych terminach. W środę graliście we Wrocławiu z WKK, w piątek z ekipą z Pruszkowa. Czy gra co kilka dni, w tym w środku tygodnia, sprawia Panu dodatkową trudność w kontekście przygotowania drużyny do meczu?

Nie ukrywam, że jest to problem. My żeby wygrywać musimy mocno przygotowywać się do każdego przeciwnika, jeżeli gra się dwa mecze w tygodniu to czasu na przygotowanie się do spotkania praktycznie nie ma. Wtedy zawodnicy muszą wykonać ekstra pracę z wideo w domu, żeby pewne schematy przeciwnika się utrwaliły, ale później często tego boiskowego przejścia tych akcji przeciwnika po prostu brakuje. Drugi aspekt to dopasowanie obciążeń w tygodniu treningowym. Inaczej się go rozkłada jak mecz jest w sobotę, inaczej jak w niedzielę. Gdy mecz jest w środę, to praktycznie schodzimy z obciążeń, chociaż tu też nie wiem czy to jest dobra praktyka, bo tych środowych kolejek za dużo nie ma, to nawet nie ma jak popróbować i porównać efekty.

A mecz w piątek to chyba rozegrałem pierwszy raz w życiu i patrząc jak przebiegał, to obciążenia były dobre, bo skoro mieliśmy siły, aby w czwartej kwarcie wyszarpać zwycięstwo, to aspekt dobrego przygotowania fizycznego do spotkania został spełniony. W sporcie cały czas jest walka o tą tak zwaną formę, którą wypracowuje się naprzemiennie męcząc zawodników oraz w odpowiedni sposób dając im odpocząć.

Przed nami najważniejszy wg kibiców mecz sezonu, czyli derby ze Śląskiem Wrocław. Czuje Pan dreszczyk emocji przed tym spotkaniem?

Wiem jak ważny dla kibiców jest mecz ze Śląskiem i zrobimy wszystko co w naszej mocy, aby kibice na długo zapamiętali to spotkanie. Ale jak ono się skończy to praktycznie już będziemy musieli się przygotowywać do meczu z Tychami w Wałbrzychu. Spoglądając na tabelę to właśnie ten mecz będzie dla nas miał dużo większe znaczenie. Natomiast w środę będzie walka, krew i pot, a na koniec łzy. Wierzę, że ze szczęścia.

Czytaj także:

NISKIE NOTY ZA STYL, DWA PUNKTY ZA ZWYCIĘSTWO (FOTO)

RADOMSKI: TO MÓJ NAJFAJNIESZY SEZON