Przeciwnicy koszykarskiego Górnika w Wałbrzychu nie mają łatwo. Miejscowi kibice wywierają na nich presję, usiłują stłamsić, zdusić, zakrzyczeć. Z kolei przyjezdni, którzy zakładają biało-niebieski trykot od pierwszego meczu są pod lupą. Na przychylność fanów muszą sobie zasłużyć ciężką pracą na parkiecie. Bardzo rzadko ta relacja kończy się czymś więcej niż sympatią. W przypadku Marcina Wróbla mówimy o miłości.

Dziś serca wałbrzyskich kibiców basketu są pęknięte. Ci mają poczucie, że stracili kogoś bliskiego. Po ośmiu sezonach Marcin Wróbel na dobre opuszcza Górnika i przenosi się do drugoligowego Sokoła Międzychód, obierając tym samym kierunek bliższy jego rodzinnej Zielonej Góry. Kiedyś w jednym z wywiadów Wróbel przyznał, że jest fanem gier komputerowych, że bardzo lubi Counter Strike’a. Dla niewtajemniczonych to taka „strzelanka”, w której jesteśmy oczami faceta z bronią w ręku. Dziś, po latach, możemy śmiało stwierdzić, że długa przygoda Wróbla z Górnikiem była strzałem w dziesiątkę.

Pierwszy mecz w Górniku Marcin zagrał 18 grudnia 2009 roku, na tydzień przed swoimi 22. urodzinami.  Z rodzinnej Zielonej Góry musiał uciekać w popłochu. Zastal nie był wtedy miejscem dla niego. Ambicją klubu był awans do ekstraklasy. W składzie znalazło się wiele głośnych jak na pierwszoligowe warunki nazwisk. Pod koszem Wojdyła, Jarmakowicz, Chodkiewicz, Kukiełka, a na obwodzie Kalinowski, Flieger i Raczyński. Wróbel zagrał w dziesięciu meczach śr. dziesięć minut, w ataku praktycznie nie odgrywał żadnej roli, stłamszony między ligowymi gwiazdami trafiał śr. makabryczne 17 proc. rzutów z gry i 25 proc. za trzy.  

Na drugim biegunie ligowej tabeli był borykający się z kłopotami organizacyjnymi Górnik, budowany wtedy wokół koszykarzy niespełnionych, szukających swojego miejsca w lidze, potrzebujących nowego otwarcia. Zielonogórskie koneksje w Wałbrzychu były wtedy silne. Jeszcze miesiąc przed pojawieniem się Wróbla w Górniku zespół prowadził kojarzony z Zastalem Grzegorz Chodkiewicz, a po parkiecie biegali Sławomir Buczyniak i Mariusz Matczak.  To właśnie w tamtym okresie na szersze ligowe wody z Wałbrzycha wypłynął młody, niepozorny i niedoceniany strzelec rodem z Wrocławia, niejaki… Krzysztof Jakóbczyk.

Wróbel, wtedy nikomu nieznany chłopak z burzą kręconych włosów, szybko wskoczył do wyjściowego składu, grając śr. ponad 33 minuty w każdym meczu. 22-latek z Zielonej Góry walczył w Wałbrzychu o przetrwanie w ligowym baskecie, a dołujący Górnik starał się na dnie tabeli nie wykrwawić. Decydujący mecz w walce o utrzymanie w 1 lidze miał miejsce w Łańcucie. Nasi, po niezwykle dramatycznym pojedynku, uratowali ligowy byt, pokonując 70:69 MOSiR Krosno. Niemożliwe stało się faktem. Wróbel w tamtym kluczowym meczu zagrał pełne 40 minut, dorzucił 13 punktów i 10 zbiórek. Przygoda zielonogórzanina pod Chełmcem rozpoczęła się więc od dramaturgii, ale z happy endem. Nie zawsze tak jednak było, bo rok później, w sezonie 2010/11, tonący biało-niebieski okręt zabierał ze sobą na dno wszystkich.

Po czterech latach wojaży Wróbel wszedł do tej samej rzeki. Tej samej, ale jednak innej, oczyszczonej, przefiltrowanej przez sito zmian personalnych w zarządzie. Łącznikiem między starym a nowym od teraz nie był wyłącznie trener Arkadiusz Chlebda, ale i powracający skrzydłowy z Zielonej Góry.  Przez trzy kolejne lata Wróbel pukał z biało-niebieskimi do pierwszoligowych bram. Z czasem wydawało się, że pukanie zamienia się w walenie głową w mur. W 2017 roku Górnicy byli przecież gotowi, ale na drodze stanął R8 Basket, krakowski gigant na glinianych nogach, wtedy znany z ropy na stacjach, ale niedługo później kojarzony już jedynie ze ściemą i niejasnymi interesami. Wtedy w wałbrzyskim obozie dominowała niemoc i przelewały się łzy. Rok później lał się już szampan, bo skreślani wałbrzyszanie pokonali w serii Księżaka Łowicz i awansowali do upragnionej  1 ligi. Nie udałoby się bez Wróbla. W decydującym meczu w Hali Wałbrzyskich Mistrzów Górnik wygrał 77:65, a skrzydłowy zanotował 15 punktów i 9 zbiórek w 29 minut na parkiecie.


2018 rok. Po zwycięstwie z Księżakiem Łowicz i awansie do 1 ligi Marcin Wróbel przejął szampana

W 1 lidze Wróbla czekały nowe wyzwania. Era Łukasza Grudniewskiego oznaczała dla niego przestawienie z pozycji silnego skrzydłowego na środkowego. Mając 200 cm wzrostu musiał, ku chwale Górnika, przepychać się z silniejszymi i wyższymi od siebie. Jego rola w ataku się zmniejszyła, stał się facetem od czarnej roboty. Ale za to jakim! Bloki, zbiórki, manewry pod koszem, rozciąganie gry rzutem trzypunktowym.

W ostatnim sezonie miałem okazję poznać Marcina Wróbla osobiście. Wraz z Kubą Zimą ze Sportowego Wałbrzycha robiliśmy mini wywiady z koszykarzami, które później puszczaliśmy przed transmisjami meczów na tvcom.pl.  Pewnego razu siedzieliśmy z Marcinem w podziemiu Hali Wałbrzyskich Mistrzów. Tuż przed nagraniem rozmowy Kuba zabrał ze sobą Kamila Zywerta na halę, gdzie panowie nagrywali klip reklamowy z siatkarkami Chełmca. Gdy czekaliśmy na ich powrót, Marcin nieco się niepokoił. Było już dość późno, przyjechał do nas na rozmowę zaraz po treningu, a niepokój wynikał z tego, że chciał szybko wrócić do domu, by pomóc żonie przy dzieciach. Podczas wywiadu Kuba, w swoim unikalnym stylu, zagadywał Marcina o rzeczy okołoboiskowe. Zaskoczony pytaniami o gry komputerowe skrzydłowy Górnika odpowiadał lekko nieprecyzyjnie. Po nagraniu był przekonany, że źle wypadł, bardzo się przejmował. Czy miał do tego podstawy? Moim zdaniem absolutnie nie. Wróbel tylko potwierdził, że jest niezwykle skromnym człowiekiem. I w dodatku takim, który pod Chełmcem łapał świetny kontakt z miejscowymi. Zapytajcie Bartłomieja Ratajczaka.


Nieodłączny duet. Tutaj po zerwaniu obręczy przez "Rataja" w Opolu. Ćwierćfinał Suzuki 1 Ligi 2021

Wróbel nigdy nie był liderem zespołu, nie przepychał się do pierwszego szeregu. To ta unikalna mieszanka życiowej skromności i boiskowej pracowitości sprawiła, że pokochali go kibice.  Doceniali to, jak poświęca swoje ciało do walki na parkiecie. Po meczach niejednokrotnie lądował w ich uściskach. W ostatnim sezonie w gronie wałbrzyskich koszykarzy po godzinach królowała gra komputerowa Call of Duty: Warzone. Typowa bitka, strzelanina, walka na śmierć i życie. Wróbel był trochę jak postacie z okładki do tej gry - jak gotowy do poświęceń żołnierz, z bronią w dłoni.

Górnik wciąż pragnął mieć tego żołnierza w swoim oddziale. Nie wyobrażał sobie podbijania ligi bez niego. Kto wie, być może Wróbel ponownie byłby fundamentem do sukcesu w kluczowym meczu? Tak jak to miało miejsce w 2010 czy 2018 roku. Tego się już nie dowiemy. Wyczerpane wieloma sezonami walki na ligowym poziomie ciało potrzebuje nieco wytchnienia. Nadszedł czas pożegnań. 

- Dziękuję wszystkim osobom, które były częścią naszego życia w Wałbrzychu. To była ciężka decyzja, być może niezrozumiała dla wielu. Choć łezka w oku się kręci, dziś nie jesteśmy sami, są z nami nasze dzieci, pora wracać do domu. Dziękuję władzom klubu, koszykarzom, kibicom, koleżankom i kolegom z pracy oraz wszystkim tym, którzy sprawili, że to był piękny rozdział naszego życia – dodała w mediach społecznościowych Kamila Wróbel, żona Marcina.

Historia Marcina Wróbla dość niezwykle spina się klamrą. W 2009 roku w Zastalu nie było dla niego miejsca, bo pierwsze skrzypce grał tam Marcin Chodkiewicz. Teraz ten sam Chodkiewicz, grający trener w Międzychodzie, ściąga do siebie kolegę z dawnych lat.

Marcin Wróbel kończy związek z Górnikiem na 239 oficjalnych meczach, co jest 10. wynikiem w klubowej historii. To była fantastyczna przygoda.

Dziękujemy.