Maksym Papacz to trener indywidualnej techniki koszykarskiej, szkoleniowiec kadry Dolnego Śląska U-14 dziewczyn oraz asystent trenera w Górniku Trans.eu Wałbrzych. To również w dużej mierze nowojorczyk. Nam opowiedział o miłości do tej metropolii oraz o amerykańskim fenomenie kulturowym.

Alicia Keys śpiewała: „Nowy Jork, betonowa dżungla, w której marzenia się spełniają”. To prawda?

Zapukałeś bardzo głośno do mojego alternatywnego świata. Ten utwór, „Empire State of Mind”, ale także „New York, New York” Franka Sinatry oraz „New York City” Gill Scott-Heron to trzy piosenki, które definiują moje postrzeganie miasta. Oczywiście, że marzenia się tam spełniają. Moje się spełniło z nawiązką, a przecież nie powiedziałem ostatniego słowa. Zdecydowanie to, co przekazuje Keys jest prawdą, ale na spełnienie tych marzeń trzeba ostro pracować i przełamywać swoje słabości. Sinatra śpiewał: „Jeżeli mogę osiągnąć sukces tutaj, to znaczy, że mogę zrobić to gdziekolwiek na świecie”. To tekst, który mnie…

...motywował?

 Zdecydowanie i to każdego ranka, gdy zjadał mnie stres przed wejściem na salę treningową. Scott-Heron z kolei o opowiadał o Nowym Jorku następująco: „Nie wiem dlaczego Cię kocham, być może dlatego, że przypominasz mi samego siebie”. Myślę, że dokładnie tak jest w moim przypadku.

Kamila Sławińska w książce „Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny” pisała, że przyjezdnego można poznać po tym, że zatrzymuje się w tłumie pędzących przechodniów i zadziera głowę w podziwie nad wieżowcami. Miałeś podobnie? Co zrobiło na tobie największe wrażenie?

Dobre! Słyszałem już to gdzieś. Zapewne tak było. Gdy przyjechałem tam pierwszy raz, miałem chyba 15 lat. Wszystko mnie zadziwiało. Pamiętam jak dziś pierwszy przejazd z lotniska do domu mojej rodziny. Staliśmy na Manhattanie w małym korku i widziałem faceta, który opróżniał śmietniki miejskie, przerzucając worki do śmieciarki. Miał w uszach słuchawki i ciągle tańczył. W pewnej chwili nasze spojrzenia się spotkały. Spanikowałem, bo w Polsce generalnie taki kontakt wzrokowy powoduje raczej niekoniecznie wesołe reakcje….

Co było dalej?

Facet puścił oko, uśmiechnął się i dalej zabierał się za worki. W Nowym Jorku spędziłem łącznie już ok. dwóch lat. W żadnym wypadku nie jest to dla mnie miasto Empire State Building, czy Times Square. To mój drugi dom i żyję w nim inaczej niż turyści, raczej unikam tych najbardziej zatłoczonych miejsc. Największe wrażenie zdecydowanie zrobił na mnie styl życia, styl rozmowy z różnymi ludźmi, styl myślenia o sobie i innych oraz… to jak ludzie traktują koszykówkę. Koszykówka to nie sport. To religia i stan umysłu.  Gdy wracałem do Nowego Jorku po szkoleniu, strażnik na lotnisku mnie pytał: „Po co wracasz do nas po trzech miesiącach? Przecież dopiero co tu byłeś w celach turystycznych”. Wyciągnąłem wtedy zaproszenie wysłane do mnie przez New York Knicks oraz pokazałem mu sygnet, który wygrałem w poprzednie wakacje. Jego reakcja była kosmiczna. Oszalał, gdy zobaczył logo Knicks. Przybił pieczątkę, pozwalającą mi na półroczny pobyt oraz zrobił sobie ze mną selfie. 


foto: użyczone

Podczas pobytu w Nowym Jorku zatrzymałeś się na Brooklynie. Jest taka scena w jednym z filmów Woody’ego Allena, gdzie dochodzi do stłuczki. Poszkodowany nie wzywa policji, a zamiast tego mówi: „Pie**yć to. To jest Brooklyn”, po czym sięga po kij bejsbolowy, wychodzi z samochodu i rusza w stronę drugiego kierowcy. Spotkałeś się w tej części Nowego Jorku z nieprzyjemnościami?

Absolutnie nie! Brooklyn to cudowne miejsce. Znam oczywiście setki niewesołych historii, bo znajomi żyją tam od lat, ale sam tego nie przeżyłem. Spotkała mnie raz nieprzyjemność w klubie jazzowym, ale na Bronxie. Mieliśmy świadomość, że wchodzimy do paszczy lwa. Chciałem poczuć prawdziwy jazzowy klimat. Kuzyn zabrał mnie do bardzo klasycznego klubu z muzyką na żywo. Byliśmy jedynymi białymi. Siedzieliśmy grzecznie, słuchaliśmy muzyki, popijając jakieś drinki. Nagle przed występem głównego artysty przyszła pani kelnerka i powiedziała: „Biali frajerzy, czas się dla was skończył, wyjazd do mamusi”. Czuliśmy na sobie wzrok wszystkich dookoła. Ulotniliśmy się w kilka sekund.

Twoje ulubione miejsce w Nowym Jorku to…

Jest ich dużo. Koszykarsko uwielbiam przebywać na boisku West 4th Street,  „The Cage” (tzw. „Klatka”). Można tam siedzieć cały dzień i po prostu oddychać basketem. Przychodzi tam pewien wiekowy Afroamerykanin. Siada na zajechanym, obrotowym krześle, wyjmuje megafon i komentuje każdą akcję rozgrywanego meczu. Zna się z gwiazdami NBA, bo przesiaduje tam od lat, a większość z nich tam wpada w wakacje pograć dla rozrywki. Nie ma problemu z akceptacją, można samemu wskoczyć na boisko, jak trafi się okazja.

Jeżeli chodzi o kwestie emocjonalne, to moim ukochanym miejscem jest wybrzeże Brooklynu. To okolice starych portów, tuż obok słynnego Mostu Brooklińskiego. Jest tam niedaleko super pizzeria. Uwielbiam z narzeczoną lub rodziną rozłożyć się wieczorem przy brzegu, próbować lokalne smakołyki i spoglądać na scenerię Manhattanu. Obserwuję wtedy barki, a w oddali jednocześnie widać malutką Statuę Wolności. To magiczne miejsce, szczególnie gdy robi się ciemno, a w biurowcach zaczynają zapalać się światła. Przechodzą mnie wtedy ciarki.

W USA panuje przekonanie, że wiele można osiągnąć dzięki tzw. elevator speech, czyli „przemowy w windzie”, gdy w krótkim czasie przekonujesz kogoś wpływowego do swoich pomysłów. Zdarzyło ci się coś takiego w Nowym Jorku?

Jasne! Tak wyglądała moja rozmowa na temat współpracy z New York Knicks. Trwała siedem minut, po czym zamknęliśmy temat. Generalnie w rozmowach biznesowych osoby robiące poważne rzeczy wyznają zasadę dwunastu minut. Ponoć jest to jakoś zbadane. Idea jest taka, że dłuższe spotkania to najczęściej gadanina o rzeczach nieistotnych, a na to nie ma czasu, gdy rozmawiasz o interesach. Na luźne tematy można porozmawiać przy barbecue.


Papacz w roli trenera kadry Dolnego Śląska U-14, foto: użyczone

Jesteś chyba jedynym polskim trenerem z amerykańską licencją trenerską. Na pewno nie było łatwo ją zdobyć.

To prawda. Było ciężko, ale dzięki temu smakuje to potrójnie. Jestem bardzo wdzięczny rodzinie i wszystkim, którzy mnie wspierali. To naprawdę mój prywatny wielki sukces. Umówmy się, jestem zwykłym chłopakiem ze Środy Śląskiej, który przekroczył Rubikon. Ostatnio znalazł się nawet w przestrzeni internetowej pan, który twierdzi, że licencję kupiłem za dolary, co jest niedorzecznym absurdem. W wałbrzyskim Górniku chłopaki strasznie się nabijali z tych zarzutów. Bartek Ratajczak powiedział, że nie mogę pokazywać ćwiczeń, bo licencja jest nieprawdziwa, a Damian Cechniak nadał mi pseudonim „Dolar”. Cieszę się, że mam ich wsparcie.

Miałeś okazję prowadzić zajęcia z koszykówki z amerykańskimi dzieciakami. Jakie zauważyłeś różnice mentalne pomiędzy nimi, a ich rówieśnikami w Polsce?

Amerykańskie dzieci wierzą, że są najlepsze. Nie boją się marzyć i mówić głośno o tym, że będą grać w NBA i chcą wygrać mistrzostwo. I tu apel do młodych ludzi z naszego kraju: nie jesteście w niczym gorsi od rówieśników z USA, uwierzcie w siebie i zasuwajcie. To prawda, że może się zdarzyć, że zabraknie zdrowia, szczęścia, pieniędzy itd. Jednak dopóki nie zderzycie się ze ścianą, to nie wmawiajcie sobie, że czegoś się nie da. Ja będąc 10-latkiem w Środzie Śląskiej też nie wierzyłem, że będę mógł stanąć na parkiecie NBA. Dziś wiem, że nie tylko tam stałem, ale mogłem prowadzić trening dla graczy z tej najlepszej ligi świata.

Jakie cechy charakteru mają Amerykanie, których brakuje Polakom?

Pewność siebie i otwartość na drugiego człowieka. Marzę o tym, aby ludzie w Polsce mijali się na ulicy i uśmiechali się do siebie. Abyśmy widząc drugiego człowieka w autobusie, czy na spacerze, od razu krzyczeli na głos: „Siema gościu! Miłego dnia!”, zupełnie się nie znając. Takie podejście nastraja bardzo pozytywnie każdego dnia. Polecam podróż do Nowego Jorku, choćby na parę dni. Odkrywajcie miasto na piechotę, korzystajcie z metra. Interakcje z miejscowymi to coś pięknego!


Artykuł ukazał się na łamach tygodnika "WieszCo" - pełny numer tygodnika do pobrania w formacie PDF na stronie www.wieszco.pl.