W aktualnym numerze tygodnika "WieszCo" ukazała się kontynuacja opisu historii wałbrzyskiego basketu. Prezentujemy ją również dla naszych czytelników.

Koszykarski Górnik w latach 60. i zwłaszcza w 70. ubiegłego wieku, systematycznie budował swoją potęgę. To było przed wielkimi sukcesami klubu. Tak, wiemy, brzmi patetycznie. Możecie uśmiechać się pod nosem, ale to były czasy, gdy praca z młodzieżą była ważniejsza od ściągania tabunów co lepszych zawodników z Polski.

Nikomu wtedy nawet przez myśl nie przeszło, by zatrudniać w zespole obcokrajowców. Nie to, co teraz. Masz bogatego sponsora, masz drużynę, a za chwilę mistrzostwo. Co to za sztuka zarządzać wielomilionowym budżetem. Sztuką jest wychować niemal całą drużynę. Scalić ją, spowodować, by poszczególni gracze rozumieli się na boisku bez słów, podawali w ciemno. Ewentualnie zasilić szeregi „perełkami” z innych klubów. Młodymi, zdolnymi, którzy później zostawali gwiazdami parkietów. Od zawsze taka była filozofia w koszykarskim Górniku. Stawiać na wychowanków.


Janusz Krzesiak przez wiele lat był podporą koszykarskiego Górnika.


W 1956 roku gdy biało-niebiescy awansowali do II ligi mało kogo to obchodziło w mieście. No może trochę przesadziliśmy, bo władze Wałbrzycha sypnęły groszem na remont toalet, natrysków i szatni w hali przy ul. Masarskiej. Znalazły się też pieniądze na jej wymalowanie. Drużyna cieszyła się, że może rywalizować z zespołami z innych regionów Polski. Przez kilka lat, wałbrzyszanie byli zespołem środka tabeli. Tak to się dzisiaj ładnie mówi. Do najsilniejszych nie mieli „podjazdu”, a słabszych odprawiali z kwitkiem. Przegrywaliśmy z mocarzami typu Spójnia Gdańsk czy Cracovia Kraków, ale gromiliśmy MKS Sopot czy Budowlanych Toruń. W sezonie 1956/57, pierwszym dla Górników na drugoligowym froncie, dzięki Pucharowi Polski koszykarze spod Chełmca w końcu mogli zagrać z najlepszymi w kraju. Półfinałowy turniej rozegrano w Wałbrzychu. Gospodarze sprawili niespodziankę, wygrywając całe zawody. Najpierw zespół prowadzony do boju przez Jerzego Sterengę rozgromił II-ligową Ślęzę Wrocław, następnie pokonał I-ligowy ŁKS Łódź, wreszcie rozbił również występującą w ekstraklasie, Olimpię Poznań. Górnik dzięki znakomitej postawie w turnieju półfinałowym zakwalifikował się do finałowych gier o Puchar Polski. Niestety na zawody nie pojechał ze względu na… finanse. Trudna sytuacja ekonomiczna klubu nie pozwoliła drużynie zmierzyć się z najlepszymi.


Mieczysław Zenfler często po treningach w hali sam chodził na boisku, żeby szkolić technikę rzutu.


Sezon 1960/61 był jak dotąd najlepszy w wykonaniu biało-niebieskich w II lidze. Napisanie, że byli o krok od awansu do ekstraklasy byłoby chyba lekką przesadą, ale faktem jest, że do końca nasi bili się w czubie. Podopieczni Jerzego Sterengi, który występy na parkiecie łączył z pracą trenerską, przegrali batalię z Gwardią Wrocław. Tą samą, z którą za dwie dekady nasz klub będzie toczył zażarte pojedynki o medale mistrzostw Polski. Rok później zakończenie kariery zawodniczej zapowiedział Sterenga. Kilkukrotnie udawało się go jednak nakłonić do powrotu na parkiet, ale w kolejnych latach Górnik bardziej musiał się martwić, by nie spaść o klasę niżej, niż snuć plany awansu do ekstraklasy. Pocieszające, że dobrze wyglądała praca z młodzieżą. Zespół juniorów w sezonie 1960/61 została wicemistrzem okręgu. Liderami ekipy byli Bogusław Rutecki, Jacek Grodecki i Adam Dąbrowski, którzy zaczęli odważnie pukać do drużyny seniorów, znów prowadzonej przez Stanisława Rytko.


Jeden z meczów Górnika w hali przy ul. Masarskiej. Pierwszy z lewej Mieczysław Zenfler pilnuje przeciwnika, a z nr 8 Krzesiak. Na ścianie widoczna tablica
wynikiem 40:34 dla gospodarzy.


Przed sezonem 1964/65 PZKosz postanowił zreformować rozgrywki II ligi. Utworzono wtedy aż 8 grup, po 8 teamów w każdej. Taki ruch zdecydowanie obniżył poziom rozgrywek. Może to i dobrze, bo biało-niebiescy byli w fazie przebudowy. Doświadczonemu Henrykowi Popielewskiemu sprowadzono do pomocy tylko Leona Klonowskiego. Resztę zespołu tworzyli miejscowi zawodnicy wspomagani przez najzdolniejszych juniorów. Wśród nich wyróżniali się bardzo młodzi Witold Domoradzki i Apolinary Podstawczyński, którzy wraz z kolegami w sezonie 63/64 wywalczyli mistrzostwo Dolnego Śląska juniorów i byli blisko awansu do ścisłego finału. Młodzi wałbrzyszanie przegrali wtedy pechowo jednym punktem z Lechem Poznań, który został juniorskim mistrzem Polski. To musiało zaprocentować w dorosłej koszykówce.


Witold Domoradzki słucha rad trenera Stanisława Rytko.


W sezonie 1965/66 koszykarze z Masarskiej byli po raz pierwszy blisko wywalczenia promocji do ekstraklasy. Nasi wygrali rozgrywki w swojej grupie II ligi. W pokonanym polu pozostawili m.in. Nysę Kłodzko i Turów… Bogatynia. Tak, to nie pomyłka. Młodsi na pewno kojarzą tę nazwę nierozerwalnie ze Zgorzelcem. Dużo wcześniej zespół z Bogatyni również występował pod takim szyldem. W półfinale podopieczni trenera Stanisława Rytko pokonali Widzew Łódź i Spójnie Gdańsk, a przegrali z Koroną Kraków. Z jedną porażką awansowali do finału. Tu Górnicy zrewanżowali się Krakusom za wcześniejszą porażkę i chyba za wcześnie uwierzyli w sukces. Porażki z AZS-em Poznań i Lublinianką Lublin przekreśliły marzenia o grze z najlepszymi. Trzeba było jeszcze trochę poczekać. W kolejnym sezonie znów zmieniono system rozgrywek. Postanowiono, że w II lidze będą tylko… dwie grupy. Biało-niebiescy do ostatniej kolejki walczyli o pierwsze miejsce w tabeli ze Spartą Nowa Huta i na finiszu musieli uznać wyższość przeciwników. Przed sezonem 1967/68 z klubem pożegnał się utalentowany Adam Dąbrowski, który poszedł na studia do Wrocławia. Do drużyny dołączono natomiast, a jakże, najbardziej obiecujących juniorów! Wśród nich byli m.in. Henryk Skomra, Wojciech Kaczorowski, Jan Lewandowski (zdecydowanie bardziej w pamięci fanów zapisał się jako szkoleniowiec) oraz Mieczysław Zenfler. Ten ostatni to był dopiero talent. Nim rozgrywki wystartowały do klubu dotarła niemiła wiadomość. Okazało się, że Górnicy w pierwszej części sezonu meczów „u siebie” nie będą mogli rozgrywać w hali przy ul. Masarskiej! Powód? Nie zdążono na czas z remontem obiektu. Dziś rzecz nie do pomyślenia. Spotkania na własnym parkiecie zespół musiał rozgrywać w małej salce w Gorcach, mimo, że po sąsiedzku dopiero co oddano do użytku nową halę przy ul. Ratuszowej, w której grali koszykarze Zagłębia. Na jej wynajęcie zabrakło jednak w kasie klubu pieniędzy. W sezonie 1968/69 liderami biało-niebieskich, wciąż prowadzonych z ławki trenerskiej przez Stanisława Rytko, byli Witold Domoradzki (22 lata) i Mieczysław Zenfler (21 lat). Tak wtedy w Górniku budowano zespół. Pokażcie nam dziś drużynę na zapleczu ekstraklasy, w której tacy młokosi stanowią o sile. Jakby tego było mało w trakcie sezonu do Wałbrzycha przeprowadził się inny żółtodziób. Janusz Krzesiak, junior Lublinianki, zasilił szeregi naszego drugoligowca, co szybko okazało się idealnym transferem. Do samego końca tego sezonu wałbrzyszanie bili się z Baildonem Katowice o wejście na salony. Ekipa z Górnego Śląska wyprzedziła naszych dzięki lepszemu bilansowi bezpośrednich potyczek i to Baildon zajął pierwsze miejsce w tabeli. Po zakończeniu sezonu PZKosz postanowić zreorganizować rozgrywki w ekstraklasie i powiększyć ligę. Dlatego zorganizowano dodatkowy turniej o awans, w którym oprócz dwóch spadkowiczów – Korony Kraków i ŁKS-u Łódź zagrały zespołu, które w dwóch grupach II ligi (północnej i południowej) zajęły drugie miejsca – AZS Poznań i właśnie Górnik. Tej szansy nasi też nie wykorzystali, ale jak mówi stare porzekadło, co się odwlecze...

Przez sezonem 1969/70 do Wałbrzycha wrócił Adam Dąbrowski, do pierwszego składu dołączono 19-letniego wtedy Stanisława Ignaczaka (prywatnie wujka znakomitego siatkarza Krzysztofa Ignaczaka), a w trakcie sezonu pod Chełmiec przeprowadził się ze Śląska Wrocław Ryszard Białowąs. Z taką „paką” nikt w II lidze nie miał wtedy szans. Biało-niebiescy wygrali rozgrywki w cuglach, pozostawiając w pokonanym polu m.in. Skrę Warszawa, Start Lublin czy Resovię Rzeszów. Co ciekawe w sezonie, w którym Górnicy odnieśli historyczny sukces walczyli też z innym zespołem z Wałbrzycha, Zagłębiem, prowadzonym przez trenera… Jerzego Sterengę.


Zespół Górnika z przełomu lat 60. i 70. Stoją od lewej: Ignaczak, Mrozik, Pogorzelski, Ćwiękała (kier. drużyny), Zenfler, Wojtkowiak, Skomra, Lewandowski, Krzesiak, Podstawczyński, Klonowski. Siedzą od lewej: Rutecki, Domoradzki, trener Rytko, Kaczorowski, Białowąs, Grodecki. Wielu z tych zawodników w sezonie 69/70 wywalczyło historyczny awans do I ligi


Poznajcie tych, którzy wywalczyli dla biało-niebieskich awans do ekstraklasy: Witold Domoradzki (180 cm), Ryszard Białowąs (180 cm), Adam Dąbrowski (185 cm), Jacek Grodecki (191 cm), Leon Klonowski (185 cm), Janusz Krzesiak (185 cm), Apolinary Podstawczyński (185 cm), Bogusław Rutecki (190 cm), Mieczysław Zenfler (192 cm), Edward Kaczorowski (181 cm), Jan Lewandowski (175 cm), Stanisław Ignaczak (175 cm). Trenerem był Stanisław Rytko, a kierownikiem drużyny Franciszek Ćwiękała.

Tekst: Tomasz Piasecki

Fot. użyczone (archiwum prywatne Witolda Domoradzkiego i Mieczysława Zenflera)

Artykuł ukazał się na łamach tygodnika "WieszCo" - pełny numer tygodnika do pobrania w formacie pdf na stronie www.wieszco.pl