Na naszym portalu niejednokrotnie mieliście okazję poczytać o dokonaniach koszykarzy Górnika Trans.eu Wałbrzych. Cytowaliśmy zawodników, trenera, przyglądaliśmy się pracy członków zarządu. A co z kibicami? Czas oddać głos jednemu z nich. Krzysztof Szlufcik opowiedział nam o swojej przygodzie na trybunach.

Najgłośniejsi kibice Górnika identyfikują się pod szyldem „Wałbrzyskiego Kotła”. W tym gronie znajdziemy uczniów, studentów, ludzi w średnim wieku, ale także tych jeszcze nieco starszych. To bardzo zróżnicowana grupa. Mogłoby się wydawać, że w życiu codziennym niewiele ich łączy. Spaja za to pasja. Jednoczy gorące uczucie do klubu, będącego projekcją cudownych wspomnień.  Przeżywanie kolejnych meczów jest jak narkotyk, wyrywająca z monotonii dawka adrenaliny. W „Wałbrzyskim Kotle” z pewnością znaleźlibyśmy wielu ciekawych rozmówców. Jednym z najciekawszych jest Krzysztof Szlufcik.

„WieszCo”: Od lat głośno dopingujesz wałbrzyskich koszykarzy z trybun. Skąd w tobie wciąż tyle pasji?

Krzysztof Szlufcik: Wszystko zaczęło się od piłki nożnej. A właściwie od meczów pierwszoligowego Górnika Wałbrzych w latach osiemdziesiątych, na które zaczęliśmy jeździć razem z kolegą. W tamtym czasie funkcjonowało hasło „ze stadionu idziemy na halę”, czyli na koszykarzy. W takim sposób poszliśmy pierwszy raz i już tak zostaliśmy. Na całego, do tej pory. Kolega nadal dopinguje, ale niestety z odległości, przed komputerem, bo mieszka w Danii. Ja staram się być na każdym meczu. Bo kibicem się jest, a nie bywa.

Pamiętasz pierwszy mecz koszykarskiego Górnika, na którym byłeś?

Pierwszego meczu nie pamiętam. Na pewno był to sezon 1986/87. W wałbrzyskim sporcie dużo się działo. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że koszykówka tak bardzo mnie zainteresuje.

Miałeś okazję oglądać na żywo biało-niebieskich w 1988 roku, gdy zdobywali mistrzostwo Polski. Co zapadło ci w pamięć z tamtych meczów finałowych z Gwardią Wrocław?

Limitów miejsc w obiekcie przy ul. Wysockiego praktycznie nie było. Nawet jeżeli byłeś w posiadaniu biletu, wtedy produktu deficytowego z powodu zainteresowania, to późne pojawienie się pod halą sprawiało, że jedyne szanse na wejście były po znajomości. Na trzy godziny przed meczem obiekt był pełny. A sam mecz? Pamiętam dym papierosowy, unoszący się pod dachem w przerwie meczu. Największe wrażenie robiła jednak atmosfera na trybunach, której nigdy nie zapomnę. Tylko jeden mecz mogę porównać do tego decydującego o mistrzostwie Polski Górnika. Mam na myśli spotkanie nr pięć półfinału play-off 1 ligi w 2007 roku, gdy biało-niebiescy pokonali Sportino Inowrocław i awansował do ekstraklasy.

Klub w ciągu kilkunastu następnych lat przechodził kryzysy. Największe w 1995 i 2011 roku, gdy rozpadał się od strony organizacyjnej. Była w tobie obawa, że biało-niebiescy znikną z mapy?

Była obawa – i to wielka. Dla kogoś, kto tyle lat jeździ na mecze Górnika byłaby to katastrofa. Na szczęście znalazła się grupa pasjonatów, którzy uratowali koszykówkę dla Wałbrzycha.

Na dopingu na meczach domowych się nie kończy, bo regularnie podróżujesz za Górnikiem na spotkania wyjazdowe. Które najbardziej utkwiły ci w pamięci i dlaczego?

Na pewno takich meczów było dużo. Wszystkich nie pamiętam. W rozgrywkach 2018/19 Bartek Ratajczak trafił za trzy w Prudniku, równo z końcową syreną, dając tym samym zwycięstwo na gorącym terenie. Z drugiej strony jest mecz w Łowiczu z Księżakiem w tym sezonie. Piękna pierwsza kwarta, wszystko wpadało. Nasi odskoczyli na ponad dwadzieścia „oczek”. A potem? Dramat i porażka. Dobrze wspominam także mecze wyjazdowe z WKK Wrocław, gdzie doping był na wysokim poziomie.

Niemal cała twoja rodzina z dużą uwagą śledzi poczynania Górnika. Syn, córka, zięć. Wyłamały się jedynie żona i synowa. Nie udało się ich przekonać do koszykarskiego fanatyzmu?

Powiem tak – kibice w naszej rodzinie to większość, ale muszą być też osoby, które dbają o ognisko domowe. Żona i synowa nie dały się namówić. Z drugiej strony, przy pewnych naszych zachowaniach ich obecność by nas krępowała. Jest dobrze, tak jak jest (śmiech).

Kibice koszykarskiego Górnika wyróżniają się swoim dopingiem w Suzuki 1 Lidze. A który zespół, twoim zdaniem, ma najgorętszych fanów w skali kraju?

Myślę, że w kraju mocni są kibice Stali Ostrów Wielkopolski oraz Anwilu Włocławek. W razie awansu do ekstraklasy nie będziemy jednak od tych ekip odstawać. W naszym przypadku ten doping już jest na dobrym poziomie. A może być lepiej.

Wymień proszę swoich ulubionych biało-niebieskich zawodników. Mogą być to gracze obecni, ale też historyczni.

Jednego będzie trudno wybrać. Było ich dużo. Z obecnych bez wątpienia wychowanek Górnika Damian Durski – za waleczność, serce, które zostawia na parkiecie. Jest też Janek Malesa, który wyróżnia się podobnymi cechami. Lubię też oglądać w akcji Kamila Zywerta, a jak trwoga, to liczę na Krzyśka Jakóbczyka. Ten nieprzypadkowo nazywany jest „Panem Koszykarzem”. Z dawnych lat ciepło wspominam ś.p. Staszka Anacko, Jerzego Żywarskiego, Stanisława Kiełbika, Rafała Glapińskiego i Marcina Wróbla. Za co? Za zaangażowanie i lata spędzone w biało-niebieskim trykocie.

Górnicy w trwającym sezonie znowu należą do czołówki. Jesteśmy mniej więcej na półmetku zmagań w rundzie zasadniczej. Który mecz był twoim zdaniem najlepszy w ich wykonaniu, a który najgorszy?

Na szczęście tych dobrych lub ze szczęśliwym zakończeniem było więcej, np. wygrane z Tychami czy WKK. A to najważniejsze. Bardzo słaby był z kolei wspominany już wyżej przeze mnie wyjazdowy mecz z Księżakiem Łowicz.

Czy to jest TEN sezon? Czy wałbrzyszanie wreszcie po latach powrócą do ekstraklasy?

Sezon 2017/18, gdy awansowaliśmy do 1 ligi też był bardzo trudny. Brak zgrania, znanych nazwisk. Obecny sezon, pod względem wzlotów i upadków, jest podobny. Jest kilku cenionych zawodników, ale są problemy ze zgraniem, nie brakuje kłopotów zdrowotnych. Trzeba to poukładać. Jestem jednak zdania, że w końcu ta wałbrzyska maszyna zaskoczy i w maju będziemy świętować awans do Energa Basket Ligi.

Foto: Dawid Wójcikowski