O mieście, które jest bliźniakiem Wałbrzycha i gdzie koszykówka wypaliła. U nas może być tak samo!

Przerwa świąteczna 2009 roku dla kibiców koszykarskiego Górnika była wyjątkowo smutna. Będący w organizacyjnym rozkładzie biało-niebiescy mieli problemy na parkiecie z kolejnymi pierwszoligowymi rywalami. 18 grudnia przegrali u siebie z MKS-em Dąbrowa Górnicza 69:99, a kilka dni później dostali łomot od Startu Lublin, gdy ulegli aż 58:83. Ten drugi mecz zapadł w pamięć na dłużej. Tomasz Celej raz po raz rozbijał dziurawą obronę Górnika, zdobył w całym meczu 32 punkty. Niewielu pamięta to spotkanie, bo obserwowała je w hali przy ul. Wysockiego garstka kibiców. Na będących na deskach wałbrzyszan fani nie chcieli patrzeć – nawet ci najzagorzalsi. Na zielonych krzesełkach klub kibica reprezentowała raptem kilkuosobowa grupa.  Frustracja kipiała także z koszykarzy. Siadając na ławce Marcin Sterenga kopnął z wściekłości w krzesełko, a Bartłomiej Józefowicz podczas przerwy krzyknął do kolegów z drużyny: „Panowie, mam takie pytanie: Dostajemy dwudziestoma u siebie. Gramy coś czy nie!?” Zażenowany po meczu był także obwodowy biało-niebieskich, Mariusz Matczak: „Możemy tylko przeprosić wszystkich za to spotkanie, bo przeszliśmy obok niego. Pierwsza połowa to masakra, w drugiej mieliśmy jakiś przebłysk, ale to nie to czego od siebie oczekujemy. Miejmy nadzieję, że odpoczniemy trochę przez święta i po Nowym Roku będzie już tylko lepiej”. Wymownym symbolem kłopotów organizacyjnych w  klubie w tamtym czasie był mop na przykrótkim kiju, którym ścieranie mokrego parkietu groziło wypadnięciem dysku…

By ponownie znaleźć się w 1. lidze, Górnik w ciągu niemal dekady przeszedł długą drogę. Odświeżona struktura organizacyjna, nowe twarze, przetarcia w prowincjonalnej trzeciej lidze i kilka lat kruszenia drugoligowego muru przyniosły powrót na zaplecze ekstraklasy. Z kijem do mopa nie ma już problemów, a obok parkietu świecą ledowe tablice reklamowe, z których na kibiców spoglądają obecni koszykarze biało-niebieskich. Co ciekawe, mecz ze Startem z 2009 roku pamięta aż czterech obecnych koszykarzy biało-niebieskich. Krzysztof Jakóbczyk był wtedy liderem dogorywającego zespołu, zdobył 14 punktów, Marcin Wróbel dorzucił 5, a młodzi, nieopierzeni wtedy Damian Pieloch i Bartłomiej Ratajczak zanotowali odpowiednio  4 i 3. Dekadę temu cała czwórka starała się ratować 1. ligę dla miasta, ale dziś ich apetyty są znacznie większe, a wysokie porażki, takie jak ze Startem, gdy w domowym meczu jako zespół zdobyli jedynie 58 punktów, z pewnością nie wchodzą w grę. Górnik zrobił bowiem pod względem kadrowym krok do przodu i zgłosił akces do ligowej czołówki.

Dziś Start Lublin, w 2009 roku słaby średniak 1. ligi, gra w elicie i wydaje się, że mógłby być drogowskazem, za którym mógłby podążać odbudowujący się z każdym rokiem Górnik. Z drugiej strony przepustką tego klubu do ekstraklasy była „dzika karta” a sam charakter miasta i lokalnej społeczności nijak ma się do wałbrzyskiej specyfiki. Jest jednak pewien klub i miasto na koszykarskiej mapie Polski, na które wałbrzyszanie powinni spoglądać z uwagą.

To Włocławek.

Zadziwiające jak wiele łączy oba miasta. Włocławek i Wałbrzych mają mniej więcej tyle samo mieszkańców i podobną, robotniczą historię. W poprzednim systemie politycznym przemysł wpłynął na ich rozwój. We Włocławku prosperowały zakłady metalowe, ceramiczne i fabryki fajansu, w Wałbrzychu były m.in. kopalnie. Zmiany ustrojowe te dwa ośrodki na „W’ przyjęły źle, a ciosem nokautującym było odebranie statusu miast wojewódzkich w 1998 roku. Włocławek i Wałbrzych znalazły się nawet na tych samych stronach „Miasta Archipelagu”, reportażu Filipa Springera.  Autor umieścił je w rozdziale „Gdzie straszy”, jeszcze dobitniej obrazując podobieństwa. W Wałbrzychu mamy przecież owianą złą sławą „Palestynę”, we Włocławku funkcjonuje podobno „Dzielnica nisko latających noży”, my mamy „Podzamcze”, oni „Zazamcze”, u nas centrum pobudza galeria „Victoria”, u nich galeria „Wzorcownia”, my, pięknie położeni w górach, żyjemy w cieniu potężnego Zamku Książ, oni, przytuleni do majestatycznej Wisły, kierują wzrok na efektowny Most im. Edwarda Śmigłego-Rydza. Naszym skansenem w centrum jest hotel „Sudety”, u nich stoi niemal identyczny hotel „Kujawy” , który wciąż funkcjonuje, ale tam, zdaniem Springera,  „człowiek po kąpięli ma ochotę iść się gdzieś umyć”. My mamy zapuszczone, nadgryzione zębem czasu kamienice przy ulicy Niepodległości, oni mają podobną architekturę przy Tumskiej, my wstajemy z kolan rewitalizacją martwego centrum, oni też w uśpionym środku miasta mają nowiusieńką kostkę. Do tego na jednych i drugich obraźliwie wołają „Mordor”.

W 1992 roku koszykarski Górnik, trochę niechcący, napisał wstęp do zapisywanych dziś złotymi zgłoskami rozdziałów włocławskiego basketu. Nasi nie awansowali wtedy do play-off w najwyższej klasie rozgrywkowej i musieli bić się o utrzymanie z wicemistrzem ówczesnej II ligi (dziś 1. liga), czyli ekipą Provide Włocławek.  Pierwsze starcie w Wałbrzychu wygrał Provide 107:106, a nam nie pomogło 49 punktów Bułgara Rosena  Murarowa. W drugim meczu u siebie biało-niebiescy zwyciężyli 94:85, ale w gorącej, ciasnej hali na Kujawach musieli uznać wyższość Provide (100:95, 104:91). Emocje sięgnęły zenitu w czwartym meczu, gdy wyrzucony z parkietu został lider wałbrzyszan Murarow.  W składzie prowadzonego przez Teodora Mołłowa Górnika oglądaliśmy m.in. Macieja Buczkowskiego, Jerzego Żywarskiego i Stanisława Anackę, czyli mistrzów Polski z biało-niebieskimi cztery lata wcześniej, ale także wchodzących do dorosłej koszykówki 20-letnich Andrzeja Adamka i Daniela Puchalskiego. W Provide grał legendarny Igor Griszczuk, a drużynę z ławki prowadził Szczepan Waczyński, czyli dziadek Adama, siedemnaście lat później koszykarza Górnika. Wałbrzyszanie spadli z ligi, ale… nie na długo. Z elity wycofała się mająca kłopoty organizacyjne Astoria Bydgoszcz, a nasi dzięki temu dostali szansę na zachowanie miejsce w lidze. Wystarczyło pokonać w Brzegu w barażu ekipę Baildonu Katowice, co też się stało.

Od pamiętnej, przegranej 1:3 serii z Provide, drogi koszykówki w Wałbrzychu i Włocławku zaczęły się rozchodzić. Jeszcze podczas barażów w 1992 roku fani na Kujawach głośno dopingowali zespół hasłem „Włocłavia!”, ale już niedługo miało się to zmienić. Sponsorami basketu zostali w mieście nad Wisłą Nobiles i Anwil. Przyszły sukcesy. Dziś Anwil Włocławek ma na koncie o jeden tytuł mistrzowski więcej od Górnika, w tym sezonie będzie bronił złota i reprezentował Polskę w koszykarskiej Lidze Mistrzów. Komplet 3100 karnetów na sezon 2019/20 rozszedł się błyskawicznie, a kibice ustawiali się po nie w kolejce kilkanaście godzin (!) przed otwarciem kas. Włocławek żyje koszykówką, żadna inna dyscyplina sportu w tym mieście nie ma prawa bytu, a Hala Mistrzów jest najgorętszym kotłem w kraju. Wałbrzych, z pierwszoligowym basketem i jego pięknymi tradycjami, problemami piłkarzy i zaledwie drugoligowymi klubami siatkówki, jest na dobrej drodze by dogonić swoje lustrzane odbicie z Kujaw. Jakiś czas temu, podczas turnieju klubów kibica, ci wałbrzyscy złapali świetny kontakt z włocławskimi. Podobne charaktery miast z których się wywodzą oraz osobliwa „miłość” do Śląska Wrocław pozwoliły znaleźć wspólny język.

Fani Górnika pragną wyrzucić z pamięci mecze w rodzaju tych ze Startem Lublin, gdy ich klub „nie dojechał” na polach organizacyjnym i sportowym. Niemal identyczna specyfika dwóch miast na „W” to dowód, że pod względem sportowym Wałbrzych ma szansę stać się drugim Włocławkiem. No bo przecież jak im się udało, to czemu ma się nie udać i nam?