Niedawno pisaliśmy o odsłonięciu pomnika Ayrtona Senny, kierowcy Formuły 1, który zginął na torze Imola w 1994 roku. Na zaproszenie Jerzego Mazura – pomysłodawcy upamiętnienia brazylijskiego sportowca i filantropa – do Wałbrzycha przyjechał m.in. Krzysztof Hołowczyc. Ten najbardziej rozpoznawalny, polski kierowca rajdowy po zakończeniu oficjalnej części wydarzenia chętnie porozmawiał z WieszCo.


- Nie mogę inaczej zacząć naszej rozmowy niż od pytania o to, od kiedy zaczęła się Pana przyjaźń z Jerzym Mazurem?

- (Długi śmiech). Pewnie dlatego o to Pan pyta na „dzień dobry”, bo widział wcześniej eksponaty w Muzeum Sportów Motorowych związane z moją karierą zawodniczą? Ot choćby spalone auto Toyota Celica z 1996 roku na rajdzie Deutschland?


- Dokładnie tak!

- Nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy zaczęła się moja przyjaźń z Jerzym Mazurem, ale było to wiele lat temu. Pamiętam jednak, że przyjechałem tu na któryś Rajd Elmotu i mieliśmy jakieś kłopoty z rajdówką. Podjechaliśmy wówczas do jego serwisu i zapytaliśmy, czy by nam nie pomógł. Wówczas Jerzy Mazur od razu otworzył warsztat i powiedział „Chłopaki naprawiajcie co trzeba. Oczywiście, że wam pomogę.” Taki był początek naszej znajomości. Później był współorganizatorem kilku rajdów „Nikon”, więc w naturalny sposób się spotykaliśmy. Jeszcze później przyjeżdżał do mnie na Mazury na Rajdy Polski. Był wówczas moim mentorem. Uważnie wszystko obserwował i podpowiadał: „teraz odpocznij”, „teraz z nimi nie rozmawiaj”, „masz być skoncentrowany”, „załóż suchą koszulkę”, „jeszcze to poprawcie”, „jak idziesz ten zakręt, to bardziej go przycinaj po tej stronie, zobaczysz ile ci to pomoże”.

- Słuchał Pan tych rad?


- To było fantastyczne, bo ja byłem przecież profesjonalnie prowadzonym przez mój zespół rajdowy zawodnikiem, ale Jurek jest człowiekiem, który chce nad wszystkim czuwać osobiście. Odpowiadałem mu wówczas „Jureczku, ja naprawdę wiem, co robić”, jednocześnie nabierałem do niego coraz większego szacunku. Obecnie doszliśmy do takiego poziomu komunikacji, że rozmawiamy o życiu, o rzeczach ważnych, o których nie rozmawia się z byle kim.


- Jakie ma Pan wspomnienia z Wałbrzycha i okolic?


- Oczywiście motorsportowe (śmiech). Zwycięstwa, porażki, wypadki i ciężkie chwile. Tyle razy tu byłem. Wałbrzych jest miejscem magicznym, ale trudnym. Ludzie tu żyją inaczej, spoglądając na świat trochę z twardszej perspektywy, tak jak Jurek.


- Czy nadal jest Pan czynnym zawodnikiem?


- Tak, jestem. Wróciłem do sportu w tym roku i powiem nieskromnie, że gdzie startuję, to wygrywam. Ścigam się w Pucharze Europy i świata w rajdach terenowych. Jak nic się nie wydarzy, nie zepsuje się sprzęt, czy nie zaliczę „dachu”, to prowadzę i wygrywam. Wróciłem do sportu z dużym przytupem, wygrywam z całą, światową czołówką. To był mój błąd, że przestałem jeździć. Trochę się dałem nabrać, że jestem stary i już się nie nadaję. Ale jak zobaczyłem, że Carlos Sainz – mój rówieśnik – wygrał Dakar, to sobie powiedziałem „zaraz, ja nadal szybko jeżdżę i potrafię walczyć o zwycięstwo, więc jeszcze nie odpuszczam”.


- Co Pan sądzi o elektryfikacji w sporcie?

- Jest to na pewno modny kierunek, ale czy dobry? Zobaczymy. Uważam, że w wielu przypadkach to ślepa uliczka. Jesteśmy w przededniu tego, że samochody elektryczne będą wszechobecne. Wszyscy wiemy, a przede wszystkim inżynierowie, że to wciąż bardzo trudny temat i mocno niedopracowany.

- Podobno kiedyś ktoś zapytał Mariana Bublewicza, co czuje, kiedy jest wyprzedzany i ponoć odpowiedział, że nie wie, bo to mu się jeszcze nie zdarzyło. A gdybym Panu zadał takie pytanie?


- Jestem wielokrotnie wyprzedzany na drodze. Mój wyścig jest na odcinku specjalnym czy torze, nie na drodze.


- Wierzy Pan, że wrócą do Polski Mistrzostwa Europy w Rally Crossie i Rajd Polski, jako eliminacja Mistrzostw Świata w rajdach samochodowych?


- Jest to rzecz, o której warto rozmawiać. Nie jest to tylko kwestia, czy nas na to stać, ale także organizacji i Polskiego Związku Motorowego. Mamy duże możliwości, choćby z mojej perspektywy, czyli Rajdu Polski, który mógłby być z powodzeniem eliminacją Mistrzostw Świata. Chcą tego zarówno zespoły rajdowe jak i promotor. Brakuje nam dobrej woli i sponsorów, którzy naturalnie powinni wspierać taką imprezę.


- Jaką ma Pan opinię na temat rajdów amatorskich, które przybrały przez ostatnie lata formę niemal profesjonalnych eliminacji Mistrzostw Polski?


- Sport na każdym poziomie idzie w górę. Kiedyś marzyliśmy, aby takie samochody jak dziś jeżdżący w zawodach okręgowych, ścigały się w Mistrzostwach Polski. To naturalna sytuacja, nie ma co się na nią obrażać.


- Czy lata 90., kiedy Pan ścigał się z takimi zawodnikami jak Janusz Kulig czy Leszek Kuzaj, to były najlepsze czasy dla polskich rajdów samochodowych?


- Chyba tak. Wówczas emocje były na najwyższym poziomie. Pamiętam, że kiedy wróciłem z Mistrzostw Europy, obowiązywało hasło "bić Hołowczyca". Walczyli wówczas ze mną właśnie Jasiu Kulig, Leszek Kuzaj, Tomasz Kuchar czyli trzej panowie „K” i jeszcze Łukasz Sztuka. To była piękna sytuacja. Taki powinien być sport. Teraz takie emocje, czy ilości kibiców na odcinkach specjalnych jak wówczas, nie są do odbudowania, Myślę, że najlepsze czasy dla motorsportu już minęły. Obecnie ludzie mają inne zainteresowania. Patrzą już na sporty motorowe inaczej, przede wszystkim zastanawiają się, czy są bezpieczne.


- To chyba dobrze, że tyle mówi się o bezpieczeństwie?


- Staje się ono esencją wszystkiego. We współczesnym świecie za wszelką cenę staramy się wyeliminować zagrożenia. Ja uważam, że bezpieczeństwo to moja świadomość. To ja oceniam, czy jestem bezpieczny czy nie. Nie można mi na siłę i bez przerwy mówić – masz być bezpieczny. To jest ta wielka różnica cywilizacyjna, która teraz powstaje. Boję się, że niedługo płoty będą wyłożone gąbką, bo przecież mogę się potknąć i uderzyć w ten płot. Jak jestem idiotą, to w niego i tak wpadnę. Nie można z ludzi robić idiotów. Takimi nadgorliwymi zabiegami tworzymy z ludzi inwalidów, którzy nie potrafią zrobić najprostszej rzeczy.


- Czy w rajdach organizatorzy także przesadzają?


- Niestety. To samo dzieje się w motorsporcie. Jeśli zawodnik wchodzi za szybko w zakręt, to wie, jakie będą tego skutki. A my chcemy zrobić, aby ten zakręt był już tak bezpieczny, że nawet na rajdzie ma mieć założone paloty. To bzdura. To niszczy sporty motorowe. Podam inny przykład. W tym roku mamy ograniczenie w rajdach terenowych do prędkości 180 km/h, a w przyszłym ma być jeszcze mniej – 170 km/h. Ja z tego powodu płaczę. Przecież rajdy to szybkość. Kto jest szybszy, ten zwycięża. A my będziemy wszyscy jechać na odcięciu 170 km/h tak jak teraz jeździmy 180 km/h i dostaję szału. Mój samochód, podobnie jak ja, jesteśmy gotowi jechać 200-210 km/h. To mnie wkurza.


- Jakie ma Pan marzenia?


- Najważniejsze, aby je w ogóle mieć, a na koniec je spełniać, bo wiele ludzi marzy, a bardzo mało stara się z tych marzeń realizować. A jak już się je spełnia, to trzeba naciskać na gaz, nie można żałować swojego zdrowia, czasu, energii i pieniędzy, bo cel możesz osiągnąć tylko dając z siebie wszystko.



Rozmawiał Piotr Bogdański

Fot. Paulina Bogdańska


O wizycie Krzysztofa Hołowczyca i projekcie Jerzego Mazura pisaliśmy:
WAŁBRZYCH: HOŁOWCZYC, ZASADA I INNI Z SENNĄ U MAZURA (FOTO)
RUSINOWA: AYRTON SENNA JUŻ UPAMIĘTNIONY W MUZEUM (FOTO)
WAŁBRZYCH: TEN POMNIK MOŻE BYĆ ATRAKCJĄ MIASTA (FOTO)

O Jerzym Mazurze i jego muzeach:
WAŁBRZYCH SPORT MOTOROWY: STAREM PO PIASKACH PUSTYNI

WAŁBRZYCH: WYŚCIGI MOTOCYKLI I DAWNE SUKCESY Z FIATEM 126 (FOTO)
WAŁBRZYCH: POZNAJCIE SZYB TERESA, ODRESTAUROWANY I Z WIDOKIEM (FOTO)
WOŚP WAŁBRZYCH: DOKĄD TRAFIŁY FELGI Z PODPISEM HOŁOWCZYCA? (FOTO)
WAŁBRZYCH: W MUZEUM HOŁOWCZYC, KUBICA, BUBLEWICZ I INNI (FOTO)
AMBASADORZY WAŁBRZYCHA 2018 - MAMY NOWYCH! (FOTO)
STARA KOPALNIA: ŚWIAT AUT RAJDOWYCH I WYŚCIGOWYCH (FOTO)



Artykuł ukazał się na łamach tygodnika "WieszCo" - pełny numer tygodnika do pobrania w formacie pdf na stronie www.wieszco.pl