Nie każdy zapewne wie, że w Wałbrzychu jest takie miejsce, gdzie można niemal ręką dotknąć żywej historii polskich sportów motorowych, gdzie w jednym miejscu można zobaczyć trofea, pamiątki i maszyny największych sław czterech i dwóch kółek, a nawet słynny spalony samochód Krzysztofa Hołowczyca. Muzeum Górnictwa i Sportów Motorowych powinni znać wszyscy fani rajdów i Formuły 1.


Ważny punkt na mapie sportów motorowych

I właśnie w należącym do jednego z najsłynniejszych żyjących wałbrzyszan Muzeum Górnictwa i Sportów Motorowych 25 września 2019 miało miejsce wyjazdowe posiedzenie Komisji Sportu, Turystyki i Promocji Rady Miejskiej Wałbrzycha. Radni, wiceprezydent miasta Sylwia Bielawska i przedstawiciel miejskiego biura promocji Arkadiusz Grudzień wspólnie z Jerzym Mazurem zastanawiali się, jak prywatne muzeum może funkcjonować w mieście i jak je promować zgodnie z przepisami.

Jerzy Mazur to urodzony w Wałbrzychu kierowca rajdowy i wyścigowy, wielokrotny reprezentant Polski i Mistrz Sportu. Już na początku kariery mógł się poszczycić zwycięstwami w Wyścigowych Mistrzostwach Polski w najliczniejszej klasie markowej Fiat 126p., w której startowało 130 zawodników z czego tylko 36 najszybszych w wyścigu finałowym. Kolejnym jego dużym osiągnięciem było zajęcie 3. miejsca w wyścigu formuły Easter na torze Hungaroring w 1986 r.
Dwa lata później jako pierwszy Polak pokonał trasę najtrudniejszego wyścigu świata – X Rajdu Paryż - Dakar, legendarnej, najdłuższej edycji w historii, w której zginęło najwięcej osób. Polską ciężarówką marki Star, słabszą o 1000 koni od najszybszej, uzyskał 15. miejsce w wyścigu. Od 2016 roku jest Zasłużonym Dla Miasta Wałbrzycha, od 2018 Ambasadorem Wałbrzycha.



Muzeum Górnictwa i Sportów Motorowych, jedyne takie na świecie, od 7 maja 1999 roku znajduje się w dzielnicy Rusinowa, w pobliżu ul. Noworudzkiej, na terenie dawnego szybu „Teresa”. Otwarcie muzeum, dokonane przez Krzysztofa Hołowczyca w trakcie 27. Rajdu "Elmot", na które zjechały wyścigowe i rajdowe sławy z całego świata, upamiętniają dawne drzwi do kopalni z pamiątkowymi tablicami.

- Chciałbym, żeby to służyło nie tylko za mojego życia. Nie ma nigdzie indziej połączenia górnictwa ze sportami motorowymi. Wszystko to zbudowałem własnymi rękami i za własne środki. I w żadnym innym muzeum nie ma tylu rzeczy osobistych sportowców, bo za życia są dla nich zbyt cenne, żeby się z nimi rozstawać, a po śmierci zyskują na aukcjach zawrotne ceny - mówi właściciel kolekcji.



Tu można dotknąć historii czterech kółek

Muzeum Sportów Motorowych składa się z trzech sal ekspozycji. W pierwszej można podziwiać wspomniane wyżej pamiątki - bicia rekordu świata w jeżdżeniu samochodem bez przerwy w 1973 roku na autostradzie koło Kątów Wrocławskich (był to Fiat 125p), osobiste pamiątki i trofea, a nawet części samochodów Roberta Kubicy, Krzysztofa Hołowczyca, Macieja Wisławskiego, Macieja Szczepaniaka, Jarka Barana, a także Xaviera Panseri, Nassera Al-Attiyaha, Fernando Alonso i innych. Szczególne miejsce zajmuje ekspozycja dotycząca Mariana Bublewicza.

- Jest kombinezon, w którym jechał i zginął 20 lutego 1993 roku, sam zszyłem tę koszulkę, jest tu jego ostatni puchar z rajdu, który wygrał, są spodnie z motocrossu, kiedy zaczynał realizować swoją pasję, są zdjęcia - wylicza Jerzy Mazur. - Od Krzysztofa Hołowczyca mamy kombinezony, drzwi i kierownicę auta startującego w rajdzie Dakar, notatki pilota i bezcenną rzecz - statuetkę Beduina za zajęcie trzeciego miejsca, są też inne puchary. "Hołek" nie ma w domu nic i nie jest to wypożyczone, to jest na wieki wieków amen.



Jest też ekspozycja dotycząca Roberta Kubicy wraz z płytą, którą w 2008 roku Jerzy Mazur dedykował mistrzowi, a piosenkę dla niego zaśpiewał Zespół Pieśni i Tańca "Wałbrzych". A także czapki Räikkönena, Hamiltona, Senny, Fernando Alonzo i innych sław.

W drugiej i trzeciej sali możemy obejrzeć niepowtarzalne eksponaty na kółkach - w tej z autami osobowymi spaloną w 1996 roku w Niemczech Toyotę Celicę Krzysztofa Hołowczyca (- W latach 90-tych taki samochód kosztował milion dolarów i był z włókien węglowych, żeby waga była mniejsza, dlatego świetnie się palił - mówi Jerzy Mazur), czy małego fiata, którym Jerzy Mazur wygrywał rajdy, a blachę do niego wykuwano w jednej ze stodół w Walimiu. Czy bolidy, którymi startował w Formule 1, a które chce zrekonstruować tak, by jeździły. Chce wrócić do ścigania się w Formule 1 w wersji historycznej, klasycznej.



Wspomnienia jak scenariusz

Zderzenie realiów PRL z wymogami światowych sportów motorowych to rzeczywiście materiał na książkę albo scenariusz filmowy. - Zacząłem stawać na podium i wygrywać, nawet z fabryką, składali protest, ten samochód był rozbierany, bo podejrzewano niedozwolone przeróbki. Nikt w historii nie wygrał tego wyścigu z ostatniego, 36. pola. Musiałem się wypiąć z pasów i wychylić z auta, żeby zobaczyć startera - wspomina mistrz.

A w sali z autami ciężarowymi zobaczymy wierną replikę "dakarowego" Stara 266 Turbo, którym Jerzy Mazur pokonał trasę X Rajdu Paryż – Dakar. Oryginał pojechał w Bieszczady wozić drewno i słuch po nim zaginął. - Wybraliśmy się na Dakar bez serwisu, bez pieniędzy i bez wiz, i przedzieraliśmy się przez zieloną granicę, żeby wsiąść do samolotu i wrócić do kraju. Pytałem, co się może zepsuć, powiedzieli mi, że wszystko i mieliśmy na pace ponad 2 tony części zamiennych. A inni trzymali telefony komórkowe na podłodze, ze względu na środek ciężkości auta... - sypie anegdotami Jerzy Mazur.



W muzeum został upamiętniony Ayrton Senna de Silva, brazylijska legenda Formuły 1 - staraniem Jerzego Mazura jego imieniem nazwano krótką uliczkę prowadzącą do obiektów muzeum, a w środku znajduje się poświęcona mu ekspozycja. - Nie dlatego ulica Ayrtona Senny, że to najlepszy kierowca wszechczasów, miałby dziś ze 30 tytułów mistrza świata, a zginął przy trzecim, ale dlatego, że przekazał dla dzieci w slamsach Brazylii ćwierć miliona dolarów i dzięki niemu wyedukowano 12 mln uczniów. To jest przykład, że nie należy niszczyć tego, co inni robią, ale to pielęgnować. Na świecie są dwie ulice jego imienia - w Sao Paulo, gdzie się urodził, i w Wałbrzychu. Spotkałem parę lat temu Roberta Kubicę i spytałem go, przy jakiej ulicy znajduje się to muzeum. Nie wiedział. Zacząłem "A...", a on na to: "A to ziemia w Wałbrzychu pójdzie w górę!" - żartuje Jerzy Mazur.

Dawny mistrz oprowadza po swoim muzeum opowiadając na przykład o tym, jak musiał startować w kasku technicznym kosztującym 1,5 dolara, bo markowy kombinezon kosztował 200 dolarów, a za 1200 można było w tamtych czasach kupić w Wałbrzychu dom.



Z tą historią powinni obcować młodzi ludzie. I nie tylko oni

- To bardzo ważny obiekt, stworzony rękami jednego człowieka przez 40 lat bez pomocy środków zewnętrznych. Uważamy, że turysta w Wałbrzychu powinien tu dotrzeć, ale jako gmina nie możemy za publiczne pieniądze promować prywatnego obiektu. Możemy jednak zapraszać pana Mazura na wydarzenia związane z branżą górniczą, sportową czy motoryzacyjną. O muzeum mogą wspominać przewodnicy w instytucjach miejskich, mogą się też pojawić jego ulotki - mówi Arkadiusz Grudzień, kierownik miejskiego działu promocji.



- Wkrótce będzie spotkanie dyrektorów szkół, na którym wszystkie wałbrzyskie instytucje zaproponują swoją ofertę wycieczkową na ten rok szkolny i na pewno zaprosimy tam pana Jerzego Mazura - dodaje wiceprezydent Wałbrzycha Sylwia Bielawska.

Wstęp kosztuje 18 zł, 9 zł bilet ulgowy, dzieci do 12 roku życia wchodzą bezpłatnie, można umawiać klasy i grupy zorganizowane. Na wiosnę niedaleko bramy można zobaczyć słynne tulipany i narcyzy wyrastające spod betonu w okolicach urodzin Ayrtona Senny 21 marca i więdnące w okolicach 1 maja, kiedy zginął tragicznie podczas zawodów. Dla pana Jerzego to metafizyczny symbol - kiedy pojawiły się po raz pierwszy, myślał, że są sztuczne i że to jakiś dowcip, bo sam robił tam wylewki.



Czytaj też:
AMBASADORZY WAŁBRZYCHA 2018 - MAMY NOWYCH! (FOTO)
STARA KOPALNIA: ŚWIAT AUT RAJDOWYCH I WYŚCIGOWYCH (FOTO)


Tekst i foto: Magdalena Sakowska