„Złoty pociąg” jest być może ostatnim jak dotąd słynnym wałbrzyskim skarbem. Zanim jego poszukiwacze otrzymają ostateczne zgody na kontynuację swoich prac, przypomnijmy dramatyczną historię pierwszego wałbrzyskiego skarbu, która przez wieki rozpalała wyobraźnię. Podobno to tylko legenda – ale jej konsekwencje bywały prawdziwe.

Jak dojść do ruin?
Pozostałości zamku Nowy Dwór wznoszą się na niewielkim stromym wzgórzu o nazwie Góra Zamkowa (618 m. n. p. m.) nad dzielnicą Podgórze. Ci, którym chciało się pokonać tę wysokość (szlak żółty, wejście krótsze (10 minut) od strony ul. Nowy Dom, gdzie po drodze można zobaczyć jeden z najstarszych budynków w Wałbrzychu, browar Hochbergów lub wejście dłuższe (25 minut) od strony ulicy Kosynierów), nie znajdą tam malowniczych ruin w rodzaju zamków Bolczów lub Cisy. Nowy Dwór stał się ruiną kilka wieków temu i, jak Rogowiec w Górach Kamiennych, w większości przestał istnieć. Po pożarze od pioruna w roku 1581 jego właściciele, ród Czetrittzów, przenieśli się do nowego pałacu, przy ul. Zamkowej, w którym dziś znajduje się siedziba PWSZ. Po starym wałbrzyskim zamku została tylko brama wjazdowa, kilka ścian i duże pole działania dla archeologów. Na wzgórzu można też odwiedzić punkt widokowy z piękną panoramą Gór Czarnych.

Dzieje zamku praktycznie zakończyły się w średniowieczu, ale jeszcze podczas wojen husyckich pełnił on ważną rolę jako warownia ze względu na swe położenie. I średniowieczny charakter mają legendy z nim związane, które zapisał w największym zbiorze podań wałbrzyskich Walter Reimann pod koniec XIX wieku. Jest tam mowa o wyprawach krzyżowych, najazdach, oblężeniach, polowaniach na groźne zwierzęta, o zaginionych w bitwie królewiczach, no i oczywiście o rycerzach rozbójnikach i ich skarbach.

Legendarny skarb
Jeden z najsłynniejszych wałbrzyskich skarbów wciąż ponoć czeka na swego odkrywcę w ruinach Nowego Dworu. Niestety, skarb ten pochodzi z rabunku i pewnie dlatego nigdy nie przyniósł szczęścia ani swoim właścicielom, ani poszukiwaczom. Legenda dwa wieki temu była wciąż tak żywa, że niektórzy narażali życie, aby go odszukać – ale o tym za chwilę.

Jak głosi owa legenda, skarb zebrali dwaj bracia, Georg i Hans Czettritzowie, którzy otrzymali warownię od księcia świdnicko-jaworskiego, aby bronić kupców przejeżdżających w pobliżu traktem z Czech przez Mieroszów. Niestety, młodzi ludzie zeszli na złą drogę i sami zaczęli łupić kupców. Niedługo to trwało, bo kupcy poskarżyli się księciu, a ten zorganizował karną ekspedycję. Wiedząc, że nie wytrzymają oblężenia, a mając nadzieję, że któregoś dnia uda im się po nią powrócić, bracia zakopali nocą skrzynię ze zrabowanymi dobrami, a potem kazali zamkowemu kamieniarzowi wykuć na dużym głazie litery HGS i wizerunek klucza. Rano poddali się księciu, który skazał ich na dożywotnie wygnanie. Na Dolny Śląsk, wbrew oczekiwaniom, nie wrócili już nigdy, a ich potomkowie po kilkudziesięciu latach nie byli w stanie odnaleźć skrzyni i tak skarb pozostał tam, gdzie był. Odnajdzie go tylko ten, który rozszyfruje napis i dopasuje rzeczywisty klucz do wyrytego na kamieniu (jeśli go odnajdzie). Ważne dla potencjalnych poszukiwaczy: skarb nie leży pod kamieniem, a litery nie oznaczają Hans Georg Schatz (skarb Hansa i Georga) – bo inaczej odnalazłby się już dawno.


Poszukiwacze przeklętych kosztowności
Dawne kroniki i jedna wałbrzyska gazeta utrwaliły dla nas nazwiska poszukiwaczy zbójeckiego złota. W legendzie o znamiennym tytule „Utracone szczęście” Reimann opisał dzieje drwala Grundela, który po wielu latach, kiedy zamek stał się już ruiną, trapiony straszną biedą i widmem głodowej śmierci napotkał w lesie pewnego starca. Ten kazał mu o północy przyjść na zamek, gdzie on sam będzie przeliczał zrabowane złoto, którego jest strażnikiem. Starzec chciał pomóc nędzarzowi i jego rodzinie. Postawił warunek – Grundel nie może się niczego przestraszyć. Kiedy nieszczęśnik dotarł o północy do zamkowej bramy i na dziedzińcu zobaczył nie tylko starca przesypującego złoto, oświetlonego nieziemskim światłem, ale i dziwne stwory, trochę ludzkie, trochę zwierzęce, wirujące dookoła niego w upiornym tańcu, ocknął się dopiero u stóp zamkowego wzgórza. Czym prędzej pobiegł z powrotem, ale zrujnowany zamek stał ciemny i pusty. Grundel wrócił do domu o świcie i żona zrobiła mu straszną awanturę, że całą noc go nie było i nie przyniósł nic do jedzenia. Wziął więc siekierę i ruszył do lasu, do pracy. I tam zginął tego samego dnia pod źle podciętym drzewem. Podobno czasem jego duch ukazuje się w ruinach zamkowych nocą, siedząc na feralnym kamieniu.

Los Grundela, dobrze zapewne znany dzięki legendzie w okolicach Wałbrzycha, nie odstraszył naśladowców. W styczniu 1826 roku ówczesna miejska gazeta, „Waldenburger Tagesblatt” zrelacjonowała wydarzenie, w którym wziął udział mieszkaniec Rybnicy Leśnej, niejaki Krauze. Znając stare legendy, wspiął się w sylwestrową noc na zamkową górę, obstawił się gromnicami, użył święconej kredy i wzywał nadziemskie moce, prosząc o ukazanie skarbu. Nie zwracał przy tym uwagi na śnieg i mróz, a życie ocalił mu mieszkaniec jednego z domów poniżej góry, który, zaintrygowany światłem, wybrał się na ruiny, odnalazł na wpół zamarzniętego Krausego i sprowadził go na dół do swojego domu. Wieść się rozeszła i złośliwi sąsiedzi zrobili z nieszczęśnika wiejskie pośmiewisko. Te trzy historie niech będą ostrzeżeniem dla poszukiwaczy skarbów – gorączka złota potrafi odebrać nie tylko zdrowy rozsądek, ale czasem i życie.

Możemy się dziś śmiać z zabobonnych mieszkańców okolic Wałbrzycha, jednak mania poszukiwania skarbów była zawsze tak silna, że zagrażała nie tylko ludziom, ale i samym zamkom. Jak czytamy w dawnych opracowaniach tematu, za dramatyczny stan, w którym obecnie znajduje się pobliski zamek Grodno, odpowiadają po części właśnie oni. W czasie wojny 30-letniej zamek mieli zająć Szwedzi, którzy dowiedzieli się o legendarnym skarbie i mocno go zdewastowali, a dzieła zniszczenia dopełnili z tego samego powodu okoliczni mieszkańcy w XVIII wieku, po opuszczeniu go przez ostatnich właścicieli. Podobny scenariusz powtórzył się w XX wieku...

A zatem, żeby nie popaść w szaleństwo poszukiwania skarbu, wybierzmy się na Nowy Dwór bez kilofa i szpadla, żeby podziwiać uroki natury i tajemniczych ruin. Kto wie, może znajdziemy tam w ostatnich dniach czerwca kwiat paproci? A po drodze można spotkać zupełnie niebojaźliwe sarny...

Zapraszamy do poznawania historii regionu i własnych poszukiwań:)