Króliki potrzebne do testowania, kozły sprezentowane przez wrocławskie zoo i... kredki świecowe w częstym użyciu – to rzeczywistość wałbrzyskiej stacji krwiodawstwa sprzed 40 i 50 lat. Dziś, w porównaniu z tamtym okresem, mamy „Amerykę”. Technologia prawie jak z kosmosu, niemal wszystko jednorazowe, tylko dawców jakby mniej. A krwi nie da się przecież wyprodukować. Ktoś ją musi oddać. Artykuł z dwutygodnika "Wiesz Co".


Zawsze chodziło o to samo, żeby do stacji krwiodawstwa przychodziły tłumy. I przychodzili, głównie górnicy, którzy po szychcie, żeby otrzymać dzień wolny, chętnie oddawali krew. Dziennie do wałbrzyskiego ambulatorium trafiało nawet 200 osób, które wychodziły z upominkami. W zależności od okresu, były to czekolady, kawa, szynka, a nawet mydło jak w stanie wojennym. Przez długi czas honorowi dawcy krwi dostawali też talony na obiady w restauracjach działających w centrum miasta. Szli do Stylowej lub Centralnej, a tam czekał na nich porządny schabowy i lampka wina.

Dziś oddający krew otrzymują dwa dni wolnego (tak jest z powodu pandemii), a pielęgniarki wciąż tęskno wyglądają za tymi, którzy chcą podzielić się tym, co mają najcenniejszego. Choć dziś w przeciwieństwie do lat. 70. lub 80. dawca  krwi nie musi już czuć przy sobie piersi „siostry”, by usłyszeć jej bicie serca. Dawniej tak miało właśnie być, żeby oswoić tych, którzy decydowali się przyjść i podzielić krwią. Jeśli dodamy, że ówczesny personel stacji krwiodawstwa był bardzo młody, wcale nie dziwimy się, że przez placówkę przewijały się tłumy dawców. Głównie górników…


A tak na poważnie, zastanawiacie się w ogóle po co o tym wszystkim wspominamy? Dokładnie 14 czerwca urodził się austriacki patolog, Karl Landsteiner, który w 1901 roku odkrył grupy krwi A, B i C (później określoną jako 0), a datę tę od dawna obchodzimy jako Światowy Dzień Krwiodawcy. Dziś w RCKiK królują nowoczesne separatory osoczowe, wirówki do preparatyki, zamrażarki szokowe. Nowoczesny sprzęt oraz automatyczne urządzenia do diagnostyki to w pracowniach absolutny standard. Podobnie jak wszechobecna komputeryzacja i rozbudowująca się baza transportowa. Słowem full wypas.


Pamiętacie jak było dawniej? Mało osób wie, że przy wałbrzyskiej stacji krwiodawstwa działała zwierzętarnia. A w niej około 60 dorodnych królików i trzy kozły sprezentowane przez państwa Gucwińskich z wrocławskiego zoo. Króliki dobierano z długimi uszami i wyraźnymi żyłami, żeby można było łatwiej testować płyny konserwujące, aby później bez obaw o bakterie można było pobrać krew. Konserwant wstrzykiwano dożylnie królikowi i w odbycie mierzono temperaturę. Gdy po kilku próbach wzrastała, wiadomo było, że płyn do niczego się nie nadawał i musiał trafić do zlewu. Robiono tak aż do skutku, do chwili gdy królik przestawał gorączkować, a konserwant można było użyć przy poborze krwi. Kozły były natomiast niezbędne do wytworzenia surowicy antyglobulinowej. Potrzebnej później do wykonywania próby krzyżowej, czyli zgodności grupy krwi dawcy z biorcą. Prawda, że brzmi wręcz niewiarygodnie, ale tak było.


W stacji funkcjonowały cztery boksy. Dawcom, oczywiście w bliskości z pielęgniarką, pobierano grubą jak diabli igłą, tak jak dzisiaj 450 ml krwi, która przez plastikowy przewód wpływała do szklanej butelki wypełnionej konserwantem przetestowanym wcześniej na królikach. Następnie do akcji wkraczały pielęgniarki z serologii, by oznaczyć grupę krwi. Na stole lądowało 200 szczelnie zamkniętych buteleczek z dołączonymi do każdej małymi ampułkami. Z nich wkrapiało się niewielką ilość krwi na szklaną płytkę, na której kredkami świecowymi rysowano siatkę. Tak, by krople nie połączyły się ze sobą i żeby można było oznaczyć każdą grupę. Dziś robi to analizator. Dawniej posiłkowano się… przyborami szkolnymi.

Następnie odpowiednio oklejone kolorowymi karteczkami butelki pan Leon (ten z tytułu artykułu) wiózł swym słynnym żukiem do szpitala, który akurat potrzebował drogocennego płynu. Później szklane buteleczki wracały do stacji. Trafiały do sterylizacji i czyste na stół pod nos dawcy. Obieg, żeby nie powiedzieć krwiobieg, zostawał domknięty. Jak w życiu.



Tomasz Piasecki