Dość nieoczekiwany był finał jednego z wykładów podczas Dolnośląskiego Festiwalu Tajemnic w Zamku Książ. A wykład ten, czy też raczej panel z udziałem kilku gości dotyczył najnowszej sensacji ze skarbem w tle, która próbuje zdetronizować nasz "złoty pociąg", czyli dzienników wojennych hitlerowskiego oficera, mających zawierać mapy zrabowanych skarbów, ukrytych w naszym regionie. Oto, co się działo.


Ma być wielki skarb...

O tym znalezisku pisaliśmy w marcu: KOLEJNY SENSACYJNY SKARB - DZIENNIK Z MAPĄ SKARBÓW DOLNEGO ŚLĄSKA? Przypomnijmy, że dotyczy on sprawy Dariusa Franza Dziewiatka, założyciela fundacji Schlesische Brücke, który miał uzyskać potwierdzenie dla autentyczności "Dziennika wojennego" z 1945 roku u siódemki ekspertów - były wśród nich wymienione placówki naukowe, przedstawiciele niemieckiego ministerstwa kultury czy pracownicy domów aukcyjnych. Mężczyzna powiadomił o znalezisku władze RP, ministerstwo kultury i opolskiego konserwatora zabytków. Dziennik miał zawierać szczegóły ukrycia - między innymi - 28 ton słynnego Złota Wrocławia pochodzącego z rezerw wrocławskiego Reichsbanku, a także innych depozytów bankowych, 48 skrzyń depozytów policyjnych, 47 bezcennych obrazów zrabowanych zamożnym żydowskim rodzinom w czasie wojny (wśród autorów mają być Rembrandt, Rubens, Dürer, Caravaggio, Cezanne, Monet) czy 9 skrzyń z zabytkami sakralnymi i kultowymi.



Wątpliwości jest sporo

W panelu wzięli udział na żywo organizatorka festiwalu Joanna Lamparska, dziennikarze Andrzej Daczkowski z "Odkrywcy" i Tomasz Bonek piszący o tematyce eksploracyjnej, zaprezentowano też fragmenty wypowiedzi dziennikarzy Agnieszki Dobkiewicz i Andrzeja Dobkiewicza oraz historyka Sobiesława Nowotnego.

- W dniu publikacji tego artykułu dostałem e-mail na jego temat i rozpocząłem dość szorstką korespondencję z autorami, chcąc się dowiedzieć, czego oczekują. Dostałem zdjęcia dzienników i sprawdziłem je pod kątem miejsca wykonania zdjęcia. Okazało się, że zrobiono je na Opolszczyźnie, w domu szefa fundacji, podczas gdy media donosiły, że dziennik znajduje się w Niemczech i jest hiper-tajny - mówił Tomasz Bonek.

- Też dostałem taki e-mail, wywołał spore zamieszanie i po długiej korespondencji dowiedzieliśmy się, że dziennik jest... w Wałbrzychu. A potem okazało się, że to nie ten dziennik. Dziennik wałbrzyski miał dotyczyć okresu od lutego 1944 do lutego 1945, czyli okresu, kiedy w Wałbrzychu bardzo dużo się działo, ale cała podróż nie miała sensu, bo dziennik dotyczył jakiegoś małego miasta na terenie dzisiejszych Niemiec i jakiś anonimowy Niemiec wspominał w nim naloty, nie było tam adresu, nie wiadomo też, jak odnaleźć rodzinę tego człowieka - mówił Andrzej Daczkowski.



Jak dodała Joanna Lamparska, tematem nie zainteresowały się czołowe media krajowe. Do tego jest już kilka różnych wersji tego, skąd fundacja ma dziennik. Nie sposób się też dowiedzieć, co tak naprawdę w nim jest. - Na fotokopiach widziałam rysunek bardzo skomplikowanego tunelu prowadzącego spod pałacu, pod stawem, do studni, gdzie ukryto skarb. Ten tunel jest tak dziwny, że jestem pewna, że taki rysunek już kilka lat temu widziałam. A mój rozmówca twierdził, że to on go narysował - mówiła organizatorka festiwalu.

Wskazywano też na inne wątpliwości: na przykład w dzienniku miały być omówione depozyty różnych banków, tymczasem dekret Hitlera z 1943 zabraniał posiadania złota wszystkim bankom oprócz trzech. Grób tajemniczej Niemki, która miała pilnować jednej ze skrytek, okazał się grobem osoby o całkiem innym nazwisku. Do tego, jak mówił Andrzej Daczkowski, kiedy odwiedził fundację, szybko stało się jasne, że oryginału dziennika nie zobaczy - tylko kopie. W dodatku, kiedy dziennikarze "Odkrywcy" zwrócili się do tych instytucji, które jakoby miały zweryfikować dziennik pozytywnie, okazało się, że tylko konserwator zabytków z Opola widziała jego kopię, ale jej nie zbadała. - Zwróciliśmy się do tych instytucji powtórnie, ale ich przedstawiciele nie znali tematu i nie byli nim zainteresowani - mówił dziennikarz.



Agnieszka Dobkiewicz, świdnicka dziennikarka, oddała fragmenty dziennika do analizy historykowi Sobiesławowi Nowotnemu i innemu ekspertowi z Katowic, który wolał pozostać anonimowy. Analizujący dostrzegli w nich błędy w zapisie, ale tak mógł pisać ktoś z południa Niemiec, uznali, że autor świetnie znał realia wojny, ale nie jest to dziennik, lecz luźne kartki, listy pisane do kogoś o imieniu Robert, gdzie szczegóły dotyczące tajnych pociągów czy skrytek są przemieszane z rzeczami powszednimi - na przykład ktoś przyjechał wozem ciągniętym przez zabiedzonego konia o imieniu Hektor.




Przedstawiciel fundacji odpowiada

- Podejrzewam, że rękopis mógł powstać po wojnie, bo trochę trudno uwierzyć, że osoba na linii frontu, w zawirowaniu wojennym, nagle rozwodzi się nad tym, że Jelenia Góra słynie z uprawy melonów - mówił w przygotowanym wcześniej materiale Sobiesław Nowotny. A Andrzej Dobkiewicz wyraził swój sceptycyzm wobec dziennika, bo miał dostęp do kilkunastu kopii jego stron i nie tworzył on jednolitej całości, notatki sporządzano na kartkach z różnych zeszytów, a listy są pisane całkiem innym stylem niż notatki. - Uważam, że dopóki dysponenci nie pokażą dziennika w całości, nie możemy mówić o jego autentyczności. A oni otrzymali go od osób trzecich - mówił świdnicki dziennikarz.



Po wyrażeniu wszystkich wątpliwości uczestnicy panelu zaprosili przed publiczność gościa, który pojawił się w towarzystwie dwóch ochroniarzy. Był to Roman Furmaniak, prezes Polsko-Niemieckiej Fundacji „Śląski Pomost”, który pokazał wszystkim jedną stronę oryginalnego dziennika, oprawioną w szkło i metal, zawierającą podobno opis piątej z jedenastu lokalizacji.

- Tą sprawą fundacja zajmuje się od ponad 10 lat. Strona rządowa została powiadomiona w grudniu 2017 roku. Nie rozmawiamy z mediami, ale przyjechaliśmy tu, na festiwal, żeby pokazać część oryginału. Dziennik jest zwartą całością, jedyna luźna kartka to list oficera SS do jego kochanki, jest też druga, którą mam ze sobą, a reszta to cały dziennik. Pan Dariusz Dziewiatek wywodzi się z Krapkowic i tam poznał Herberta Hupkę, szefa partii Wypędzonych, który wpłynął na to, że otrzymaliśmy ten dokument. Prasa nie zawsze mówi prawdę. Tekstów, które się ukazują, nie autoryzujemy. Skserowane strony, o których tu była mowa, nie są prawdziwe, tekst tłumaczony tu przed chwilą nie jest w posiadaniu fundacji. To, co my mamy, jest przetłumaczone w całości - oświadczył Roman Furmaniak.



I nagle włączył się alarm...

Jak dodał prezes polsko-niemieckiej fundacji, wiele razy rozmawiał z dziećmi oficerów SS i wiele godzin poświęcił na to, żeby dobrze zrozumieć dziennik. Jego autorem miał być oficer SS wywodzący się z arystokratycznej rodziny Michaelis, z Dolnego Śląska, dobry kolega Heinricha Himmlera. Imienia tego oficera nie chciał podać. - Informacji nie możemy przekazać natychmiast, musimy robić to w czasie, bo takie są umowy - tłumaczył Roman Furmaniak.



Następnie Joanna Lamparska i Andrzej Daczkowski kolejno czytali tłumaczenie przywiezionej kartki. Jej autor zimą 1945 pisał o jakichś precjozach sakralnych, o sprawozdaniach od hrabiny von Richthofen, robił dygresje na temat kościołów i innych zabytków Jeleniej Góry, snuł refleksje na temat reinkarnacji, pisał o upadku ducha u żołnierzy Wermachtu i ich "niewysłowionych ofiarach". Wspomniał też obóz koncentracyjny w Gross-Rosen, wyraził nadzieję, że "późniejsze generacje będą kontynuować naszą misję", pisał o kartkach żywnościowych, o uciekających na zachód tchórzach, o ludności cywilnej pozostającej w domach w Lwówku Śląskim i Gryfowie Śląskim choć zbliżała się Armia Czerwona, o "paraliżującym całunie ze śniegu, mrozu i zwątpienia" i wyrażał nadzieję, że Wunderwaffe istnieje. Ostatnia przeczytana informacja dotyczyła szpitala psychiatrycznego w Płakowicach, z którego pacjentami Rosjanie mieli urządzić libację, a potem powołać "idiotę" na stanowisko komendanta. Jak skomentowała Joanna Lamparska, ta informacja jest ciekawa, bo pacjenci tego szpitala podczas wojny zostali wymordowani - i to przez Niemców, nie przez Rosjan.



W tym momencie w zamku włączył się alarm przeciwpożarowy i rozpoczęła się ewakuacja znajdujących się w nim osób na Dziedziniec Honorowy. Alarm wyłączył się po około kwadransie, ale wtedy w Sali Krzywej rozpoczął się następny wykład.


O skarbach w naszym mieście i nie tylko:
PODZAMCZE: JOANNA LAMPARSKA - MAUZOLEUM, SKARBY I DOMY (FOTO)
DOLNOŚLĄSKI FESTIWAL TAJEMNIC 2016: EKSPERCI O POCIĄGU I SKARBACH
JAK ZNALEŹĆ ZŁOTY POCIĄG LUB SKARB - PORADNIK Z PRZYKŁADAMI
SKARB PRASKICH GROSZY Z WAŁBRZYCHA WRÓCI DO MIASTA (FOTO)
ZAMEK KSIĄŻ - TRZY DEKADY WIELKIEGO SZABRU (FOTO)
KSIĘŻNA DAISY NOSIŁA NA SOBIE MAJĄTEK - I LEGENDĘ (FOTO)

WAŁBRZYCH: NASZE LASY PEŁNE MAŁYCH SKARBÓW (FOTO)

WAŁBRZYCH: WILKI LUDOJADY, BEZCENNE OBRAZY, NAJSTARSZE WYKOPALISKA...
WAŁBRZYSKIE HAŁDY - PAGÓRKI Z HISTORIĄ I PEŁNE SKARBÓW (FOTO)
ZNALAZŁEŚ DOWÓD OSOBISTY, PORTFEL, GRANAT, SKARB - CO DALEJ?
GŁUSZYCA: ZAGADKA TAJEMNICZEGO TUNELU ROZWIĄZANA (FOTO)
ZAMEK NOWY DWÓR: OSTRZEŻENIE DLA POSZUKIWACZY SKARBÓW (ZDJĘCIA)


A tu dla równowagi zwierzenia konserwatora zabytków zasypywanego na co dzień monitami od poszukiwaczy skarbów. Tyle ich było - i tyle się znalazło.
JAK ZNALEŹĆ ZŁOTY POCIĄG LUB SKARB - PORADNIK Z PRZYKŁADAMI

A jak gorączka złota
wpływa na turystykę?
4 TYSIĄCE I WIĘCEJ DLA KAŻDEGO W WAŁBRZYCHU
WAŁBRZYCH W NAGŁÓWKACH ZAGRANICZNEJ PRASY
GORĄCZKA ZŁOTA OPANOWAŁA WAŁBRZYCH


Tekst i foto: Magdalena Sakowska