W Wałbrzychu możemy coś powiedzieć o nieprzewidywalności sportu.

30 kwietnia 2017. Na terenie Starej Kopalni zorganizowano metę Otwarcia Sezonu Rowerowego. W ten piękny, słoneczny dzień miałem jednak powody do zmartwień. W tym czasie nie wszyscy jeszcze zdążyli wytrzeć łzy po kolejnym niepowodzeniu koszykarzy Górnika, którzy po raz trzeci z rzędu nie awansowali do 1. ligi, choć podobno skład taki cel wskazywał. O następnym sezonie pod jednym z szybów rozmawiałem z członkiem zarządu Górnika, który wspominał, że klub będzie nieco ograniczony budżetowo, że mocno postawi na młodzież. Byłem pewien, że o 1. lidze możemy na jakiś czas zapomnieć. Mocny blask słońca na niebie gryzł się z mrokiem w mojej duszy.

Powodów do optymizmu nie było wiele. Zespół opuściło dwóch z trzech najlepszych strzelców, Piotr Niedźwiedzki i Rafał Niesobski. Z klubem pożegnali się także Paweł Bochenkiewicz i Michał Kozak. Transfery w drugą stronę nie mogły zaspokoić potrzeb. Pod koszem pojawił się jedynie chudy Tomasz Krzywdziński, w ostatnim sezonie niczym nie wyróżniający się zmiennik z Decki Pelplin, a w ostatniej chwili na obwodzie dokooptowywano Huberta Kruszczyńskiego, człowieka z prowincjonalnej trzeciej ligi, który dwa lata wcześniej miał kompletnie nieudany epizod w 2. lidze w rezerwach Asseco. Pewne stało się też, że sporo minut dostanie wychowanek Damian Durski, w sezonie 2016/17 rzadko podnoszący się z końca ławki rezerwowych. Wielką niewiadomą była też zmiana na ławce trenerskiej. Po siedmiu latach ustąpił krytykowany Arkadiusz Chlebda, a jego miejsce zajął Marcin Radomski, niegdyś wprowadzający Nysę Kłodzko do 1. ligi, ostatnio jednak stamtąd zwolniony i jakby znajdujący się na równi pochyłej.

W składzie pozostali doświadczeni ligowcy, Rafał Glapiński i Marcin Wróbel, a także rzemieślnik w postaci Bartłomieja Ratajczaka.

W zbliżającym się wielkimi krokami nowym sezonie 2. ligi Górnik buduje most. Grupa doświadczonych i ogranych zawodników połączy się z nieopierzoną młodzieżą. Czy most pomiędzy dwoma koszykarskimi światami wytrzyma rwący nurt drugoligowych rozgrywek? Czy wałbrzyski most prowadzi do określonego celu czy może donikąd? – pisałem pełen obaw we wrześniu 2017 roku

Górnik był wtedy kolekcją znaków zapytania, grupą ludzi, której szczytem marzeń miał być awans do playoffs. Tak sądzili wszyscy.

I wszyscy się mylili.

Po siedmiu meczach Górnik miał sześć zwycięstw z rzędu na koncie. Okazało się, że chudy Krzywdziński jest bardzo silny i mobilny, w dodatku trafia z dystansu. Nikomu nieznany w ligowej koszykówce Kruszczyński też szybko wkomponował się w zespół. W siódmej kolejce zapędy wałbrzyszan miała zweryfikować faworyzowana, napakowana znanymi nazwiskami AZS Politechnika Opolska. Cóż, nie zweryfikowała, na obronę Górnika nie miała pomysłu i przegrała pod Chełmcem 56:66. Kilka kolejek później naszym postawiła się Stal Ostrów Wielkopolski, prowadząc w czwartej kwarcie nawet 58:51. Ogromny charakter, agresywna obrona i kilka wielkich wielkich rzutów pozwoliły wygrać 72:68 i pozostać niepokonanym w Wałbrzychu.

Kolejny test – derby ze Śląskiem na Wysockiego. Dwa zespoły z czuba, wojna nerwów, prowokacje i oszałamiający doping z trybun. Górnik wygyrwa 66:64 i pozostaje liderem, z bilansem 14-2. Biało-Niebiescy grali niemal wszystkie mecze w siódemkę, ale aż pięciu graczy notowało dwucyfrową zdobycz punktową. To właśnie ta zespołowość dawała kolejne zwycięstwa.

W styczniu do składu dołączył Krzysztof Spała ze Stali. Kibice zaczęli wierzyć, że może jednak przewodzący stawce „Górnicy” pragną grać w tym sezonie czegoś więcej.

Pod koniec stycznia znowu odgraża się nam opolska Politechnika, wicelider, tuż za naszymi plecami. W Opolu idzie nam fatalnie, przegrywamy 4:17. Tak się jednak złożyło, że mecz życia rozgrywał wspomniany wyżej człowiek znikąd, czyli Kruszczyński. Obwodowy trafił wszystkie dziewięć prób za trzy, zakończył mecz z 33 punktami i dał nam bardzo cenną wygraną. O wyczynie Huberta pisała cała koszykarska Polska.


Radość kibiców po wygranej w Opolu

W kolejne tarapaty nasi wpadli w II rundzie play-off. Gnieźnianie w Hali Wałbrzyskich Mistrzów trafiają trzynaście razy za trzy, a w ostatnich sekundach mają dwa rzuty na remis. Pudłują. Uciekamy z dwupunktowym zwycięstwem. Tydzień później w pierwszej stolicy Polski znowu ciężki mecz. Gwar, duchota, ciasnota, po pierwszej połowie jedenastoma do tyłu. W przerwie trener Radomski wyprowadził swoich zawodników z piekielnej hali na świeże powietrze. Nasi się otrząsnęli, ale lokalne MKK nie dawało za wygraną. Emil Rau zdobył 11 z pierwszych 22 punktów dla gospodarzy, ale potem kompletnie zniknął. Próbował o sobie przypomnieć w ostatnich sekundach, ale jego rzut z dystansu na zwycięstwo, trzeba dodać, że z niezłej pozycji, nie wpadł do kosza. Wygrywamy tam walecznośćią, siłą charakteru, ale przy ostatnim rzucie mamy sporo szczęścia.


Emocje po meczu w Gnieźnie

W ćwierćfinale znowu walka kosz za kosz. Znane z telewizji hasło reklamowe „Dobrze wpaść na Żubra” Górnikowi nie podchodzi. Dopiero w decydującym meczu odjeżdżamy, a kibice prześcigają się w internecie we wrzucaniu filmików przedstawiających stopę ugniatającą puszkę po piwie - oczywiście marki „Żubr”.

W pólfinale emocje sięgają zenitu, bo stawka jest już wysoka – bezpośredni awans. Wyrywamy zwycięstwo u siebie, ale więcej dzieje się w Łowiczu, gdzie rywale zagrali dobry mecz, a nasi w pełnym prowokacji spotkaniu (z obu stron) przegrywają z faulami. Okrzyki lokalnych kibiców i bardzo wysoka temperatura w nieklimatyzowanym obiekcie przy Topolowej 2 były jak wizyta w piekle. „Górnicy” przekorczyli jego bramy na dobre po bijatyce kibiców. Chwilowy amok wałbrzyskich fanów postawił sezon i przyszlość klubu na moment pod znakiem zapytania. Pięć dni później lał się już jednak szampan, a fani na deszczu odpalali race. „Z piekła do nieba w jeden mecz” – pisałem przed starciem z Księżakiem w meczu nr trzy. Biało-Niebiescy znowu nie przekonywali w pierwszej połowie, ale ponownie ta druga należała do nich. Odrobili straty, wygrali 77:65.

Oddaję głos trenerowi Radomskiemu (za portalem społecznościowym):

Dziękuje swoim zawodnikom, którzy stworzyli prawdziwy TEAM! Nigdy nie prowadziłem lepszej drużyny. Drużyny, w której czy młody, czy stary, to był gotów do nauki. Drużyny, w której każdy był w stanie poświęcić się dla wspólnego dobra. Drużyny (i to chyba najważniejsze), która potrafiła się właściwie zachować, zarówno po porażkach, jak i po zwycięstwach, która w najważniejszych momentach robiła swoje i nigdy się nie podawała!!! Jestem dumny, że mogłem być WASZYM trenerem!!!

Hulaj dusza, piekła nie ma.

Jesteśmy w niebie.

Jesteśmy w 1. lidze!