Zapraszamy do lektury wywiadu z trenerem koszykarzy Górnika, Marcinem Radomskim.

Sezon 2017/18 dla Górnika Trans.eu Wałbrzych był wyjątkowy, bo zakończony awansem do 1. ligi. Biało-Niebiescy wracają na zaplecze ekstraklasy po siedmiu latach. Trudno wyobrazić sobie ten sukces bez wkładu trenera Marcina Radomskiego, który mógł cieszyć się z promocji o jeden szczebel rozgrywkowy już po pierwszym roku pracy w naszym klubie. Dla 38-letniego szkoleniowca to już drugi w karierze trenerskiej awans. Wcześnie dokonał tej sztuki z Doralem Nysą Kłodzko w 2015 roku.

Emocje po decydujących spotkaniach już trochę opadły. Nadszedł więc czas na podsumowanie ostatniego sezonu przez trenera Górnika.

Tak szczerze, trenerze. Gdy latem przychodził Pan do Górnika to chyba nie zdawał Pan sobie sprawy, że jest w stanie awansować?

Przychodziłem do Górnika, aby zrobić awans. Miałem to zrobić w ciągu dwóch sezonów, udało się w pierwszym, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że na początku przygotowań towarzyszyło nam przekonanie, że będziemy grali do maja. Nastawienie do tego, co możemy zrobić zmieniało się z treningu na trening, z każdym następnym sparingiem, czy w sezonie, z każdym następnym meczem. Na początku okresu przygotowawczego powiedzieliśmy sobie, że niezależnie od wyników będziemy ciężko pracować. Tak rzeczywiście było, co dało mi pewność, że będziemy robić postępy. Sparingiem, który wlał we mnie dużo optymizmu był ten w Jeleniej Górze z Sudetami, który przegraliśmy, ale do samego końca walczyliśmy o zwycięstwo. W sezonie od wygranej u siebie z Pleszewem (2. kolejka, 85:65 – przyp. red.) pomyślałem sobie, że nie będzie tak źle, po zwycięstwie w Jeleniej Górze (6. kolejka, 83:68 – przyp. red.), że będzie dobrze, a po wygranej ze Śląskiem (14. kolejka, 66:64 – przyp. red.), gdzie wypadliśmy źle, ale zagraliśmy świetną końcówkę, pojawiła się myśl, że może być bardzo dobrze. Po meczach z Pleszewem i Opolem na wyjeździe zacząłem myśleć, że możemy awansować, a po trzecim spotkaniu z Żubrami wiedziałem, że to zrobimy.

W klubie trafili z transferami. Tomasz Krzywdziński i Hubert Kruszczyński przed przyjściem do Górnika niczym się nie wyróżniali, dopiero w Wałbrzychu łapiąc wiatr w żagle. W jakich okolicznościach trafili do drużyny?

Szukaliśmy przed sezonem wysokiego. Tomek był na liście jednego z agentów. Po obejrzeniu kilku spotkań wiedziałem,  że Tomek da nam jakość w obronie, a nad resztą trzeba będzie pracować, co jak widać się udało (Krzywdziński został wybrany do najlepszej piątki koszykarzy z grupy D 2. ligi – przyp. red.). Hubert to znajomy Tomka, który szukał klubu przed sezonem. Po rozmowie przyjechał na testy, na których wypadł bardzo pozytywnie i zdecydował się zostać w Wałbrzychu.

Wspomniany Kruszczyński zagrał mecz życia w Opolu z AZS Politechniką, gdzie zdobył 33 punkty (9/9 za 3). Hubert odpalił w idealnym momencie, gdy zespół sobie nie radził, przegrywał 4:17. Gdyby nie jego popis ciężko byłoby się tam podnieść. Porażka oznaczałaby stratę pozycji lidera. Czy sezon mógłby się wtedy dla Górnika potoczyć inaczej?

Na koniec sezonu mieliśmy przewagę dwóch punktów, przegrywając ostatnie spotkanie z Gimbasketem, tak więc można powiedzieć, że ten pojedynczy mecz nie miałby wpływu na nasz sezon. Natomiast to spotkanie było jednym z kluczowych zwycięstw, dało pewność Hubertowi, ale i całej drużynie. Hubert zagrał kosmiczny mecz, ale tam cała drużyna zagrała rewelacyjnie.

W trakcie rozgrywek odwiedziliście stadninę schorowanych koni w Szczedrzykowicach, gdzie pomagaliście w pracach porządkowych. Mówił Pan wtedy: „Chcemy pokazać, że życie nie polega tylko na klikaniu w telefony, że jest coś poza tym”. Czy to właśnie ten dzień w stadninie pomógł ukształtować charakter zawodników, który pokazywali w dalszej części sezonu? Planujecie podobne akcje w przyszłości?

Na sukces składa się wiele aktywności, ciężko jest wskazać tą jedyną. Tych działań, w których zawodnicy pokazywali swój charakter było mnóstwo w tym sezonie. Każde działanie wywiera swój wpływ i decyduje o tym gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy. W stadninie pracował cały klub Górnika, nie tylko seniorzy, ale także młodzież i działacze. W obecnych czasach takich akcji trzeba będzie robić coraz więcej, bo mentalnie gracze są niestety coraz słabsi, a bez dobrej głowy, nie ma co myśleć o dobrym trenowaniu.

Druga runda play-off. Po pierwszej połowie meczu w Gnieźnie przegrywacie z MKK jedenastoma punktami. W ciasnej hali panuje duchota, w przerwie zabiera Pan zespół nie do szatni, a na świeże powietrze. W drugiej części spotkania gracie lepiej i wygrywacie po dreszczowcu 73:71. Co powiedział Pan chłopakom pod gnieźnieńskim niebem?

Jednym z kluczowych moich założeń jest to, aby gracze byli policzalni. Chodzi o to bym wiedział kiedy robimy błędy i żeby gracze to wiedzieli. Temu mają służyć założenia ogólne, czyli to jak chcemy grać oraz założenia meczowe, czyli to jak musimy grać z danym przeciwnikiem. Cel jest jeden - uwypuklenie naszych zalet, a schowanie wad. Mecze, które dużo ważą mają jeszcze to do siebie, że dochodzi stres, który potrafi wszystko zniszczyć. W halach gdzie jest bardzo gorąco głowy potrafią się szybciej zagotować. To wszystko się ze sobą łączy. Meczu w Gnieźnie nie zaczęliśmy dobrze, bo przeciwnik trafił kilka rzutów, które normalnie nie zawsze trafia, a my zamiast przeczekać ten moment i grać spokojnie, to niestety przez upał na hali, ciężar spotkania i atmosferę, którą stworzyli kibice obu drużyn straciliśmy koncentrację i przestaliśmy grać tak jak chcemy. Wyjście miało na celu ochłonięcie i dotlenienie głów, tak by po chwili przypomnieć zawodnikom, co mieliśmy robić, a czego nie robiliśmy i dlatego przegrywaliśmy. Po przerwie byliśmy spokojniejsi, zagraliśmy zdyscyplinowaną i mądrą koszykówkę, dlatego odrobiliśmy stratę i wygraliśmy.

Które ze spotkań w przeciągu całego sezonu było w wykonaniu Górnika najlepsze? Trzeci mecz ćwierćfinałów z Żubrami, gdy wygraliście 83:60?

Bardzo rzadko się zdarza, aby w najważniejszym spotkaniu sezonu zagrać świetne zawody. Nam to się udało w meczu z Żubrami, dlatego uważam, że jest to nasze najlepsze spotkanie. Jak już wspomniałem, po tym pojedynku nabrałem pewności, że awansujemy.

Na portalu społecznościowym po awansie napisał Pan, że nigdy nie prowadził lepszej drużyny od Górnika 2017/18. To mocne słowa, bo już wcześniej świętował Pan awans do 1. ligi z Nysą Kłodzko. Czym wałbrzyszanie przewyższają Pana poprzedni zespół?

Drużyna z Kłodzka miała dużo doświadczenia bo większość to byli gracze blisko trzydziestego roku życia, albo po trzydziestce. W Górniku po trzydziestce był tylko Rafał Glapiński, a Marcin Wróbel skończył trzydzieści lat w trakcie sezonu. To prowadziło do tego, że zupełnie inaczej prowadziłem te dwie drużyny. W Górniku łatwiejsze było wprowadzanie trudniejszych taktycznie elementów, bo gracze wykazywali się większą chęcią do ich opanowania. To prowadziło do większej elastyczności, co przekładało się na lepsze przygotowanie do spotkań, bardziej złożoną i rozbudowaną taktykę. To wszystko miało wpływ na przebieg spotkań.

W sezonie, gdy awansowałem z Kłodzkiem grało się trochę inaczej. Większość czasu funkcjonowaliśmy w systemie ligowym. Co tydzień inny przeciwnik, tylko w ostatniej fazie graliśmy dwumecz z Krakowem. Taki układ spotkań nie zmuszał do tzw. „kombinowania”.  System play-off zmienia całkowicie sposób grania. W szczególności jak gra się po trzy spotkania z jednym przeciwnikiem. Czasu na analizę i trening jest wtedy niewiele i o wielu rzeczach mówi się tylko teoretycznie. My przegrywając w Białymstoku wróciliśmy w niedzielę nad ranem, były dwa dni do decydującego spotkania. Po wygraniu trzeciego spotkania  mieliśmy tak naprawdę jeden trening do batalii z Łowiczem. Później, gdy przegraliśmy w Łowiczu, odbyliśmy dwa treningi by coś zmienić przed decydującym starciem. I tu zdradzę, że zmieniliśmy sporo. Drużyna z Kłodzka nie byłaby w stanie tych zmian dokonać, tu się udało. Np. Karola Debskiego, który od marca nie schodził poniżej 20 punktów, a nam rzucał 23 i 28 punktów zatrzymaliśmy na 12 „oczkach” dzięki zmianom w obronie. W ataku też było kilka nowości, które miały zaskoczyć przeciwnika. W Kłodzku takich zmian raczej nie udałoby się wprowadzić, dlatego między innymi uważam że „Górnicy” są lepsi, tak po sportowemu.

Natomiast już tak bez żadnego porównywania, ten rok był dla mnie najprzyjemniejszy w pracy seniorskiej. Na treningi zawsze szedłem z uśmiechem, może nie zawsze na twarzy, ale zawsze w duchu, bo zaangażowanie zawodników było dla mnie największą motywacją do jeszcze cięższej pracy. Był to mój najfajniejszy sezon jako trenera i to była najlepsza drużyna jaką prowadziłem.

Sezon zakończyliście porażką w finale z AZS AGH Kraków, gdy byliście już pewni awansu. AGH było lepsze czy zabrakło wam po prostu motywacji?

Zabrakło już siły przede wszystkim mentalnej. Ja już jej nie miałem by przygotować się do spotkania, tak jak to zawsze robiłem. Dodatkowo chciałem, aby każdy znalazł się na parkiecie w tych ostatnich spotkaniach, bo cała drużyna wywalczyła ten awans. Każdy w tym zespole miał swoje zadania i wywiązał się z nich, poza jednym przypadkiem, w stu procentach. To był naprawdę długi i ciężki sezon zakończony sukcesem, którego na początku nie planowaliśmy. Dlatego też po ostatnim gwizdku meczu z Łowiczem zaczęło się świętowanie, a mecz z AGH nie miał już znaczenia.

Po awansie na parkiecie rozpoczęła się feta. Kibice podrzucali Pana w podziękowaniu za bardzo udany sezon. Nie było strachu, że po kolejnym podrzucie Pana nie złapią?

Nie było strachu. Była tylko radość.