11 czerwca 2018 Krystyna Mazurówna odwiedziła Wałbrzych, tym razem jako pisarka, choć znamy ją też jako modelkę. Podczas spotkania w Bibliotece pod Atlantami / WOK Piaskowa Góra ta barwna i nietuzinkowa postać rozbawiła uczestników wieczorku, ale dała też sporo tematów do rozmyślań.

Po co komu mąż

Już jak miała 3 lata, to wiedziała, że zostanie tancerką. Nasze miasto odwiedziła ze swoją 4. książką, a pisarstwo to jej 31. zawód. - Wszystkie małe głupie dziewczynki chcą być tancerkami, tak jak wszyscy mali głupi chłopcy chcą być strażakami. Większości z nich to przechodzi - mówi Krystyna Mazurówna, gość spotkania na Piaskowej Górze. Jej nie przeszło młodzieńcze zauroczenie magicznym szumem kurtyny otwierającej się przed tancerzami baletu. Pracą, a nawet 3-dniową głodówką protestacyjną wywalczyła sobie możliwość służby muzie tańca. Zaczęła więc tańczyć w Teatrze Wielkim... jako 32. łabędź i zapisała się na polonistykę. Po pierwszym wykładzie jej chęć do studiowania się skończyła, poza tym... - Przyjechał po mnie przystojny brunet i zaraz po tym przeszłam na urlop macierzyński - opowiada gestykulując tancerka. W Teatrze Wielkim też nie zagrzała miejsca, wszak trudno indywidualności wytrwać w równym szeregu łabędzi. Występowała w telewizji m.in. tworząc oprawę artystyczną do występów Łazuki, czy Szczepanika. W międzyczasie wyszła też za mąż. - Nie wiedziałam do czego mąż służy, miałam kilku i nadal nie wiem do czego służy mąż - wyjaśnia żartobliwie.

Sama nigdy nie wpisywała się w obowiązujące schematy farbując sobie włosy na rzadko spotykane kolory jak zieleń, czy landrynkowy róż, a nawet w kwestii starzenia się w sposób dystyngowany. - Starzenie się mi wychodzi, dystyngowanie już nie - dodaje gość WOK-u i biblioteki.
W latach 60. wyjechała do Paryża i tam zaczęła się jej przygoda emigracyjna na podstawie której i na podstawie historii innych znanych jej z emigracji Polaków powstała prezentowana na spotkaniu książka "Nasi za granicą".



Na emigracji
- Miałam bilet do Paryża w jedną stronę, wyjechałam z synem i myślałam, że od razu dostanę pracę, tymczasem szukałam jej dziewięć miesięcy - wspomina artystka. Polka mimo przeciwności losu nie straciła pogody ducha i występowała w różnych klubach, nawet go-go jednocześnie ucząc się prezentowania talentu na castingach. Tymczasem przejadała polskie oszczędności i obiecywała synowi, że jak dostanie pracę to kupi mu wymarzone lody. Gdy tak się stało i zaprowadziła syna na najdroższe słodkości do lokalu na Av. des Champs-Élysées okazało się, że realizacja marzeń nie uskrzydla. - Dlatego nie mam marzeń, ale plany, które realizuję w 100, a nawet w 120 procentach - wyjaśnia Mazurówna. Tę zasadę starała się zaszczepiać innym emigrantom, starała się też ich motywować do sięgania po więcej, a nie zadowalać się byle czym. Nawet jak po pięćdziesiątce zdecydowała się na rozwód "z nudnym francuskim mężem" odbiła się od finansowego dna.
Kierowała się zasadami wpisującymi się w naszą polską mentalność. - Jestem uczciwą oszustką, moje "oszustwa" nie robią nikomu krzywdy - zaznacza zawodowa tancerka. Jako przykład swojego "uczciwego oszustwa" przedstawia sposób zakupu mieszkania, na które kredyt nie do końca jej się należał w świetle bankowych przepisów. Za to spłacała go sumiennie jako kelnerka, szatniarka, sprzedawca programów teatralnych, sprzedawca biletów, barmanka i ponownie kelnerka. Choć kosztowało ją to nie lada kunktatorstwa i wysiłku, to mieszkanie spłaciła.



Doświadczenie na emigracji pozwoliło jej na pomoc emigrantom nie tylko przez dobre rady, ale nawet przez użyczanie im noclegu - nawet 17 osobom jednocześnie. O historii swojej i znanych sobie osób na obczyźnie napisała książkę. - Moja ostatnia książka jest dla wszystkich, bo każda rodzina w kraju ma kogoś na emigracji, gdzie żyje łącznie 26 mln Polaków - wyjaśnia pisarka. Jej dzięki elastyczności, nastawieniu na przyszłość i pogodzie ducha się powiodło... w końcu kupiła 18 mieszkań i dom dla swoich dzieci i wnuków.
 

Recepta szczęścia i sylwetki
Krystyna Mazurówna znana jest ze swojej niestereotypowości i pogody ducha, często też jest pytana o to, jak radzi sobie na obczyźnie oraz jaka jest jej recepta na życie. - Trzeba umieć się przystosować, mieć szerokie horyzonty i nie narzekać, ale zaakceptować siebie i żyć w zgodzie z sobą, a także brać odpowiedzialność za swoje działania. Przy przestrzeganiu tego zawsze się można urządzić - wylicza gość poniedziałkowego spotkania. Sama mimo wielkiego samozaparcia i hartu ducha miewa słabość do mężczyzn i... pierogów, które uważa za symbol polskiej kuchni. Choć od 30 lat jest na diecie, to różnie bywa z jej tuszą... ale też z powodzeniem pojawia się na wybiegu i wykłada na uniwersytecie trzeciego wieku. Tam doradza paniom w kwestiach dietetycznych, choć zapewne żaden dietetyk by jej nie poparł. - Z rana należy wypić wodę z cytryną, a potem zjeść jogurt naturalny. Potem wypić kawę zbożową i zjeść sałatę z małą porcją oliwy - objaśnia Mazurówna. Potem zaś w menu pojawiają się krówki, cukierki, wielodaniowa kolacja soczyście zakrapiana winem, a w domu zagryzanie zimnym pierogiem w środku nocy i czymkolwiek, co się znalazło w lodówce. Nazajutrz zaś dzień zaczyna się od wody i jogurtu.



Pisarka podczas spotkania sypała anegdotami, podpisywała książki i opowiadała też o swoich modowych związkach z Wałbrzychem. To prawdziwy wulkan energii i wspaniały gość ubarwiający nawet najsmutniejsze popołudnie. Jej regularne spotkania modowe z wałbrzyską projektantką Esterą Grabarczyk przeszły do tradycji, kolejny pokaz 28 września w Starej Kopalni. Mazurówna chce też dalej pisać, już ma w zanadrzu kolejną książkę. - Moje następne wydawnictwo pt. "Romans wirtualny" również powstało na bazie moich własnych przeżyć - zapowiada regularny gość Wałbrzycha.  

KRYSTYNA MAZURÓWNA: ESTERA GRABARCZYK? WSPIERAM

Elżbieta Węgrzyn