Obecnie rekordy popularności bije geocaching – gra polegająca w skrócie na odnajdywaniu w terenie miejsca, w którym ktoś zostawił jakiś "skarb", za pomocą aplikacji telefonicznej. Tymczasem w naszym mieście i okolicach jest popularny inny typ poszukiwania małych, a cennych dla znalazcy drobiazgów, tylko nie ma jeszcze tak intrygującej nazwy.


Pani Kalina, wałbrzyszanka, od wielu już lat wędruje po otulinie Książańskiego Parku Krajobrazowego i po innych zarośniętych zakamarkach wokół. Zdecydowała się nam opowiedzieć o swoim tajemniczym hobby. A hobby to niestandardowe – coś pośrodku między poszukiwaniem skarbów, a... grzebaniem w śmietnikach. Tyle tylko, że bardzo starych śmietnikach i choć może jeszcze nie skuszą one archeologa, to przedmioty tam porzucone są o wiele cenniejsze teraz niż 30 czy 40 lat temu.


- Kiedy miałam 9 lat, byłam świadkiem, jak koparka burząca dom na miejscu dzisiejszego Lidla przy ulicy Podwale wykopała i zniszczyła małą drewnianą skrzynkę. W środku były koraliki i łyżeczki. Pozbierałam koraliki, a wtedy operator mnie przegonił i zabrał łyżeczki – wspomina pani Kalina. Chyba wtedy narodziło się jej przyszłe hobby.

Przed wojną i po wojnie mieszkańcy osiedli to, co się nie dawało spalić, skarmić zwierzętami domowymi czy spożytkować w inny sposób, zazwyczaj prozaicznie wyrzucali gdzieś w zarośla. Czas mijał, zarośla zarosły bardziej i ziemia wchłonęła szczątki porcelany, metalowe przedmioty czy stare butelki. Ale odda, jeśli wiemy, jak poprosić.

- Człowiek się uczy całe życie. Nie interesowałam się wcześniej antykami. Mnóstwo różnych rzeczy można w lesie znaleźć, tylko trzeba wiedzieć, gdzie szukać. Dla przedwojennych Niemców były to po prostu wysypiska śmieci. Dziś już wiem, że stara porcelana jest gruba, że im bardziej spękana, tym starsza. Rozpoznaję logo. Jeśli na fragmencie jest skrót KPM, to wczesna porcelana ze Starego Zdroju – mówi pani Kalina.


A to logo nieistniejącej już od dawna fabryki porcelany na Szczawienku:

Jak dodaje wałbrzyszanka, to, że tyle poniemieckich przedmiotów znalazło się gdzieś z daleka od osad, jest też wynikiem polskiego powojennego prawa, które zakazywało nowym polskim mieszkańcom użytkowania poniemieckich przedmiotów. Uważano to za niebezpieczne i nakazywano ich wyrzucenie, a nawet konfiskowano. Posiadanie kubka z niemieckim napisem mogło budzić podejrzenia, że się ma z Niemcami coś wspólnego. To, co znalazła pani Kalina, to prawdziwy przekrój życia sprzed niespełna 100 lat.

- Najwięcej jest okruchów porcelany z lat 20-tych i 30-tych. Cieszę się, jak znajdę jakiś z napisem czy znakiem. Marzę o tym, że kiedyś znajdę coś, co się uda złożyć w całość. Szkoda, że dziś te rzeczy leżą w ziemi, zmasakrowane, podeptane, a jest to część historii, która była i dla wszystkich, także dla tutejszych Niemców, były to czasy bolesne. Patrząc na te rzeczy z tamtych lat, czuje się taki smutek – przyznaje poszukiwaczka.

Inna duża grupa cennych znalezisk to części butelek. Zdradzają upodobania dawnych użytkowników do różnych trunków, najczęściej słowem "Bier", ale i do innych, bardziej niewinnych napojów.



Pani Kalina znalazła też: części do motocykla z lat 30-tych - i z tego samego okresu lub starsze: amerykańską zapalniczkę, miedziane pokrętło od wiekowej lampy naftowej, niewiele młodszą puszkę po maści na odmrożenia, fajansowy kaganek, mosiężny pierścionek z wygrawerowanym imieniem Igor, stary mosiężny klucz. I podkowę, która wygląda na średniowieczną. A czy znalazła...

- Broni nie znalazłam, ale jest dużo przedwojennych buteleczek po oleju Ballistol produkowanym w Berlinie, a on służył właśnie do czyszczenia broni. Znam za to kogoś, kto dawno temu znalazł w tych lasach pół bagnetu z czasów II wojny światowej. Na ścieżce. I słyszałam, że ktoś znalazł też granat młotkowy – zwierza się wałbrzyszanka.

Tak wygląda pudełko kremu przeciw odmrożeniom, które przeleżało wiele dekad w ziemi, a krem nie stracił zapachu.

Pani Kalina nie przejęła się niedawną zmianą prawa, delegalizującą wykrywacze do metalu. - Dla mnie zawsze podstawą były oczy, ręce i właściwe miejsce. Wszystko starannie zasypuję i zostawiam tak, jak było – konkluduje. Zazwyczaj wychodzi w teren na kilka godzin i wraca z pełną torbą. Swoich zdobyczy nie sprzedaje, ma już dużą kolekcję i zamierza robić z nich dekoracje w domu. Znalazła dużo denek od butelek i robi z nich świeczniki. Mniejsze fragmenty porcelany wtapia w gips na ścianie, a butelki ma zamiar eksponować na specjalnych półkach.

Magdalena Sakowska
Foto: użyczone