Po naszej publikacji informacji z odtajnionego raportu CIA o katastrofie kolejowej, do jakiej doszło 5 marca 1954 roku w Wałbrzychu, zgłosił się do nas świadek tamtych tragicznych wydarzeń. Wiemy też, gdzie doszło do tragedii, w której zginąć mogło nawet 120 osób.


Wiedzieli jedynie kolejarze

- Nigdy nie dowiedzieliśmy się, ile osób wówczas zginęło. Najpierw rozpuszczano pogłoskę, że zderzyły się ze sobą pociąg osobowy z towarowym, a nie, jak to miało miejsce - dwa osobowe. Wszystko po to, by zasugerować, że poszkodowanych było mniej niż w rzeczywistości. Potem sprawę wyciszono nadając jej etykietkę "sabotażu". O katastrofie wiedzieli jedynie kolejarze, którzy byli wówczas w pracy. Rozmawiali o niej tylko w swoim gronie szeptem - wspomina Tadeusz Kaczmarek*. Tamtego marcowego poranka nigdy nie zapomni. Zmienił on życie nie tylko poszkodowanych w wypadku i ich rodzin, ale i jego samego. Były kolejarz zgodził się przerwać milczenie, aby rodziny zmarłych w katastrofie poznały wreszcie prawdę o ich śmierci.

Miał wówczas niespełna 17 lat. Po wojennej tułaczce i przymusowej pracy w Niemczech jego wywodząca się z Kresów Wschodnich rodzina osiadła na ziemi wałbrzyskiej. Ojciec przesiedlony do Friedlandu (Mieroszowa), miał warsztat szewski. Po śmierci taty dorastający syn podjął w kwietniu 1953 roku pracę na kolei. - Chciałem pomóc mamie. Kolej płaciła kiepsko, niespełna tysiąc złotych, kiedy górnicy zarabiali wówczas po kilka tysięcy. Ale mogłem się dalej uczyć, bo pracowałem w trybie 12 godzin dyżuru na 24 godziny wolnego. Na zmianę  - dniówka i nocka... i tak bez przerwy łącznie ze świętami - opowiada były kolejarz. Praca była ciężka i na niemieckim sprzęcie, który był wyeksploatowany w czasie wojny i często się psuł. Na początku pan Tadeusz został zwrotniczym, szybko awansował na nastawniczego i zostałby wkrótce dyżurnym ruchu, gdyby nie feralny zimowy dzień - 5 marca 1954 roku.


Górka rozrządowa i lokomotywa manewrowa

Był piątkowy poranek. Kaczmarek miał nocną zmianę. Do 7 rano dyżurował w nastawni kolejowej przy dzisiejszej stacji Boguszów Gorce Wschód. Było zimno, jak to na przedwiośniu, było też jeszcze ciemno... słońce tego dnia miało wzejść o godz. 6.11. - Pomiędzy godziną 4, a 5 rano razem z dyżurnym ruchu otrzymaliśmy telefoniczną dyspozycję, aby nie wpuszczać na dworzec Wałbrzych Główny żadnych pociągów. To wówczas doszło do zderzenia dwóch wypełnionych pracownikami pociągów, o którego okolicznościach opowiedzieli mi koledzy. Polecenie o niewpuszczaniu pociągów obowiązywało do końca zmiany - opowiada emeryt. Tymczasem kilka kilometrów dalej, przy kolejnej nastawni, ginęli ludzie.



Do zdarzenia doszło na linii kolejowej Jelenia Góra - Wrocław pomiędzy nieistniejącą dziś stacją Szybowice a Wałbrzych Główny. Zgodnie z informacjami uzyskanymi przez pana Tadeusza, pociągi zderzyły się w okolicy górki rozrządowej przy nastawni kolejowej na 80 kilometrze - kilkaset metrów od dworca Wałbrzych Główny tuż przy wiadukcie nad ul. Moniuszki. - Do nastawni przy dworcu Wałbrzych Główny od strony Jeleniej Góry przyjechał pociąg przewożący żołnierzy z batalionu robotniczego z Lubawki. Został zatrzymany - semafor wskazał mu czerwone światło. Nieświadomy obecności tego pociągu nastawniczy dał zielone światło kolejnemu pociągowi wiozącemu do pracy robotników z Kamiennej Góry i okolic, a nasza, równie nieświadoma wcześniejsza nastawnia wpuściła go na ten sam tor. Pociąg z Lubawki ruszył do Wałbrzycha, ale uderzył go z tyłu drugi pociąg osobowy w pełnym pędzie. Obydwa wykoleiły się - opowiada drżącym głosem mężczyzna. Jak to się stało, że nastawniczy z Wałbrzycha nie wiedział o tym, że tak blisko niego stał pociąg?


Mały błąd, ogromna katastrofa

Jak doszło do tego splotu wydarzeń? Były nastawniczy wytłumaczył to w prostych słowach. Otóż, na górce rozrządowej pomiędzy dworcem a nastawnią pracował parowóz manewrowy. Wypełnione lokalnym piwem, węglem, czy barytem wagony podpinał on do różnych pociągów. Gdy nastawniczy dał zielone światło pociągowi osobowemu przewożącemu żołnierzy, parowóz manewrowy omyłkowo wyjechał za semafor i po chwili zawrócił z powrotem w kierunku dworca. Niestety przejechał obok semafora i automatycznie "zbił" z niego zielone światło przeznaczone dla pociągu pasażerskiego. Od teraz każdy kolejny ruch kolejarzy jest następstwem tego błędu.



Nastawniczy w ciemnościach nie dostrzegł, kto "wykorzystał" to zielone światło. Był przekonany, że planowo przejechał na nim pociąg pasażerski. Nie wiedział, że pociąg ten nadal stał przed semaforem, bo przejechała jedynie lokomotywa manewrowa. Kolejne zielone światło brnący w lawinę błędów nastawniczy dał dopiero drugiemu pociągowi jadącemu od strony Jeleniej Góry. I choć stojący tam już jakiś czas pierwszy pociąg ruszył, to nie był w stanie uciec przed skierowanym na ten sam tor wypełnionym ludźmi stalowym kolosem. Tak właśnie doszło do prawdopodobnie największej katastrofy kolejowej w dziejach powojennego kolejnictwa na ziemiach Polski.

Gdyby nastawniczy z Wałbrzycha w porę zrozumiał błąd, mógłby zatrzymać jeszcze bieg wydarzeń. - Gdyby się w porę zorientował, to powinien zadzwonić do stacji wcześniejszej, czyli do nas, byśmy zatrzymali kolejny pociąg. Następnie powinien dać nam znać, kiedy droga była już wolna, że można było bezpiecznie puszczać kolejny pociąg - wyjaśnia Kaczmarek. Tak się jednak nie stało. Pociągi się wykoleiły.

 
Cicha akcja i proces 

Choć w wypełnionych robotnikami pociągach mogło zginąć - zgodnie z relacją agenta CIA nawet 120 ludzi - kolejarze zgodnie z relacją pana Tadeusza wspominali, że ruch na trasie udało się szybko przywrócić. Przez jakiś czas pociągi do Wałbrzycha mogły być kierowane przez linię szczawieńską przez Biały Kamień.
Jak to możliwe, że szybko i cicho uporano się z taką masą stali i ludzkiego nieszczęścia? Na pytanie, kto zajmował się akcją ratowniczą i pomagał na miejscu, były kolejarz odpowiada krótko: - Nikt.
Mogło zginąć ponad stu ludzi - robotników i żołnierzy z batalionu robotniczego. Władza ludowa kierowała młodych chłopców z rodzin o niepewnym pochodzeniu, uznawanych za wrogów systemu, do wojska, jednak nie dawała im do rąk karabinów, ale kilofy i łopaty. Zamiast w armii pracowali ponad siły fedrując węgiel w najtrudniejszych chodnikach, nierzadko wydobywali też bez koniecznego zabezpieczenia rudę uranu. Umierali w pracy, lub w drodze do niej... Mogli pochodzić z różnych części kraju, a ich rodziny mogły nigdy nie zostać powiadomione o tym, jak ich brat i syn służył ludowej ojczyźnie, jak oraz gdzie zmarł.

- Nie mówiono ile osób zginęło. Kopalnie w tamtych czasach brały na siebie pochówek górników i mógł on przebiec sprawnie. Liczba pogrzebów nie wzbudzała zainteresowania, bo ciała pochowano w rodzinnych stronach, a robotnicy pochodzili z różnych miejscowości. O rannych nic się nie mówiło. Wszystko szybko uprzątnięto - konkluduje były kolejarz.
Sprawie nadano etykietkę "sabotażu", ludzie którzy cokolwiek wiedzieli, woleli milczeć. - Gdybym wtedy nie był w pracy, to nic bym o tym nie wiedział, bo o tych sprawach się nie mówiło. O dochodzeniu i procesie w tej sprawie dowiedziałem się od rodzin "braci kolejarskiej". Pamiętam jedynie, że proces był wytoczony bardzo szybko, a prokurator domagał się dla nastawniczego kary dożywocia. Po tych zajściach zdecydowałem się odejść z kolei, byłem tam zatrudniony do końca lipca 1954 roku - dodaje pan Tadeusz.

O katastrofie nie pisały gazety, co sprawdziliśmy podczas kwerendy. O tym zdarzeniu nie opowiadali młodym strażakom ich przełożeni, którzy powinni byli w tej akcji uczestniczyć.
Górka rozrządowa jest położona daleko od budynku stacji, leży w odludnej okolicy. Na pomoc ofiarom katastrofy mogli wyruszyć pracownicy szpitala dziecięcego w dzielnicy Gaj i mieszkańcy budynku z ul. Moniuszki - położonego najbliżej torów. Ale czy ruszyli? Zamknięty od lat szpital niszczeje. W kamienicy zaś nie pozostał tam nikt, kto mógłby katastrofę pamiętać. Tylko tuż przy drodze zaraz za nastawnią stoi pomnik z czerwoną gwiazdą wskazujący cmentarz żołnierzy radzieckich jakby szydził, że tylko wybranych śmierć się upamiętnia. Inni giną w mrokach wyciszonej historii.


Nadal poszukujemy osób, które mogą coś wiedzieć na temat tego tragicznego wydarzenia, a także potomków tych, którzy wówczas zginęli.


Przeczytaj też:

CIA: 120 OFIAR KATASTROFY KOLEJOWEJ POD WAŁBRZYCHEM?



Elżbieta Węgrzyn


Tekst został opublikowany 26 września 2017 r.



* Imię i nazwisko - na życzenie rozmówcy - jedynie do wiadomości redakcji.