Wałbrzych w kwietniu i maju 1945 nie został objęty działaniami wojennymi - wojska hitlerowskie nie czekały w mieście na wojska sowieckie. Co się wtedy działo? I co nam przypomina o tamtych czasach?


Jedynymi oznakami toczącej się wojny były ogłaszane co jakiś czas w Waldenburgu i okolicach alarmy przeciwlotnicze. Początkowo samoloty tylko przelatywały. 9 maja 1941 r. ogłoszono pierwszy taki alarm o 3.00 nad ranem za pomocą dzwonów kościelnych i syreny straży pożarnej - ale na większości ulic nikt go nie usłyszał. Dopiero w styczniu 1945, kiedy front sięgał już do Strzegomia, w Wałbrzychu w dużej liczbie pojawiły się wojska Wermachtu z czołgami i zaczęły szykować się do obrony ważnego ośrodka przemysłowego. 7 lutego, a potem 24 lutego Armia Czerwona próbowała zająć Świdnicę, ale musiała się cofnąć.



W nocy z 21 na 22 lutego zaczynała się bitwa o Waldenburg. Sowieci wysłali kawalerię, żeby przygotować sobie uderzenie na to miasto i na Kamienną Górę, starli się z hitlerowcami pod Złotoryją, ale ci przewidzieli ich manewr i z determinacją bronili drogi do Waldenburga, który był głównym węzłem Śląskiej Kolei Górskiej. Pochód Armii Czerwonej się zatrzymał, ale odtąd nad miastem coraz częściej przelatywały jej samoloty.
20 lutego jeden z nich zrzucił 6 bomb na Kuźnice Świdnickie, nie wyrządzając szkód. W marcu 6 niewielkich bomb spadło na Biały Kamień, w okolicach przystanku tramwajowego na dzisiejszej Mijance, uszkadzając tam jeden z domów. Dziwne były to naloty, bo Rosjanie nie bombardowali żadnych strategicznych celów, a Niemcy nie stosowali obrony przeciwlotniczej. Tymczasem miasto było tak przepełnione uciekinierami ze wschodu, że atak bombowy wywołałby masakrę ludności cywilnej.



Mieszkańców zmuszono do budowania umocnień. Na Starym Zdroju rowy mieli kopać starsi ludzie przebrani w mundury wojskowe. W marcu w Parku Sobieskiego pod słupami egzekucyjnymi nieustannie rozstrzeliwano ludzi pod zarzutem dezercji. Ludność cywilna miała ćwiczenia z obsługi pancerfaustów, wszystkie drogi wychodzące z Placu Grunwaldzkiego zostały zaopatrzone w zapory przeciwpancerne. Jedna z nich, przy budynku MPK, została zlikwidowana podczas czynu społecznego w 1968 roku, co ukazuje to zdjęcie z portalu dolny-slask.org.pl:



Na początku maja odcięci od informacji cywile nie mieli pojęcia, że Hitler nie żyje i Berlin padł. A Wermacht wciąż prowadził werbunek, dowódcy zakazywali mieszkańcom wywieszania w oknach białych flag, kiedy wejdą Rosjanie. 7 maja mieszkańcy miasta domyślali się już, że Festung Breslau padła, bo przestały stamtąd docierać codzienne transporty żywności i amunicji. Wieczorem tego dnia obserwowali potężną eksplozję na północnym niebie - cofające się wojska Wermachtu wysadziły w powietrze fabrykę amunicji w Strzegomiu.



Istnieją świadectwa mówiące o tym, że losy Waldenburga ważyły się w pierwszych dniach maja - planowano zaminować i wysadzić w powietrze fabryki, kopalnie i inne obiekty strategiczne, podobno wojska hitlerowskie powstrzymała informacja, że zamyka się pierścień oblężenia wokół miasta i rzuciły się do ucieczki. Na pewno niemieccy saperzy próbowali 8 maja wysadzić tunel kolejowy pod Wołowcem, zawalił się jednak tylko od strony Wałbrzycha i większa część pozostała nietknięta, podobnie było w wypadku wiaduktu nad ul. Niepodległości - wybuch uszkodził tory, ale wiadukt nadal stał. Nikt z lokatorów poniższych budynków nie został poszkodowany.



8 maja na pewno były walki w Świebodzicach, są relacje o ogniu artyleryjskim i detonacjach w okolicznych górach. Na widok uciekającego wojska część mieszkańców ówczesnego Wałbrzycha i jego okolic też próbowała się ewakuować. Według świadectwa mieszkanki autochtonki w pierwszych dniach maja hitlerowcy wybudowali na ul. Wrocławskiej tak ogromne betonowe zapory przeciwczołgowe, że tylko jednym samochodem można było przejechać. Gdy czołgi Sowietów wjechały w ulicę 11 Listopada, ktoś ostrzelał ich z wieży kościoła (dziś p. w. Zmartwychwstania Pańskiego). Zwrócili lufy w stronę kościoła, ale nie strzelali. O godz. 14.00 pierwszy sowiecki czołg pojawił się na Alei Wyzwolenia. Jechał w stronę Podgórza i został ostrzelany na ul. Mickiewicza. Tu rosyjscy żołnierze odpowiedzieli ogniem i uszkodzili kościół polskokatolicki - wtedy staroluterański. Wymiana ognia była też na Sobięcinie, na Gliniku i w głębi Podgórza, gdzie według świadectwa Ingetraut Tabaki trzech niemieckich komunistów wyszło się zbratać z wyzwolicielami. Sowieci, którzy jechali na motocyklach, zabrali im zegarki i pojechali dalej.



Mieszkańcy wywieszają białe flagi i obserwują wielką rzekę wojskowych aut, czołgów i dział, płynącą głównymi ulicami miasta w stronę Pragi. Tam, gdzie Sowieci się zatrzymują, dochodzi do ataków na ludność cywilną - nie tylko do rabunku, także do gwałtów, zabójstw - i do samobójstw. Najgorsze przychodzi nocą, bo w sklepach z alkoholem i restauracjach niestety został na półkach cały towar i pod jego wpływem rozpoczyna się szaleństwo. Ale na Białym Kamieniu jedyne, czego chcieli pierwsi żołnierze Armii Czerwonej, było objaśnienie im drogowskazów, bo nie bardzo wiedzieli, gdzie są.



Jedną z niewielu pamiątek po końcu wojny w naszym mieście, poza kilkoma schronami, są właśnie zapory przeciwczołgowe, które zachowały się w największej liczbie nie przy Wrocławskiej, lecz przy ul. Świerkowej na Nowym Poniatowie. Ich ślady widać też jednak przy ul. Fabiana na Szczawienku, blisko Wrocławskiej. Niech te ponure betonowe, powoli rozsypujące się konstrukcje przypominają nam zawsze, że trzeba dążyć do pokoju.

Źródło: Piotr Retecki: "Strzępy wspomnień. Ostatnie miesiące II wojny światowej w regionie wałbrzyskim na podstawie wspomnień i dokumentów", "Kronika Wałbrzyska", t. 4, Wałbrzych 2016.

Czytaj też:
ZAMEK KSIĄŻ: TRZY DEKADY WIELKIEGO SZABRU (FOTO)
KSIĄŻ TO MÓJ DOM - MÓWI DORIS STEMPOWSKA (FOTO)
ZŁOTO WROCŁAWIA - DŁUGA HISTORIA SZALEŃSTWA?

Opr. MS
Foto: Magdalena Sakowska, archiwalne: dolny-slask.org.pl