Uwielbiała turkusy, nie lubiła kolczyków, nosiła na sobie równowartość zabezpieczenia kredytowego niejednego dworu i gubiła diamenty i korony. I wiemy, co się stało z legendarnymi perłami! O słynnych klejnotach słynnej ostatniej pani Książa, o słynnych mitach i całkiem nieznanych niespodziankach opowiadała w Książu Marta Dąbrowska.


Sprzedać koronę

Badaczka strojów i biżuterii księżnej Daisy von Pless zrekonstruowała jedną z jej najpiękniejszych sukien, w której angielska arystokratka pozowała w Lafayette Photographic Studio. Postarała się też o rekonstrukcję książęcej korony uwiecznionej na tych samych fotografiach, a także wykorzystanej przy nim broszy.


- W oryginale suknia wyszywana była małymi diamentami, niestety nie posiadam takiej fortuny i poszłam na łatwiznę, naszywając na nią 5300 małych kryształków – zdradziła Marta Dąbrowska. Za to należy się medal, medal zresztą też przywiozła do Książa, żeby pokazać pełnej sali miłośników historii, jak wyglądał kobiecy Order Teresy Bawarskiej. Księżna otrzymała go w 1897 roku.

Daisy pozostawiła po sobie mnóstwo zapisanych stron – pamiętniki, listy, dokumenty kancelaryjne i stąd wiemy, co zamawiała, ile płaciła, jakie reklamacje składała i jakie uwagi wystosowywała do usługodawców. Spory procent z tych towarów stanowiły klejnoty. Zaopatrywało ją 13 sklepów, z Paryża, Berlina, Frankfurtu, także z Indii i Wrocławia, ale przede wszystkim z Londynu. - Ta droga biżuteria musiała być funkcjonalna. Można było wymieniać elementy. Królowa Elżbieta może wymieniać kamienie w swojej koronie, na przykład dobierając szmaragdy do zielonej sukni – mówiła badaczka.


A więc była wspaniała korona hrabiny Cesarstwa Rzymskiego, którą młoda Daisy otrzymała od teścia i męża w dniu ślubu i właściwie to tylko zapamiętała z całej ceremonii. Fotograf uwiecznił podczas uroczystości bardzo smutną twarz Angielki w koronie i welonie. W 1928 księżna wciąż miała koronę i w swoim pierwszym testamencie zamierzała ją przekazać najstarszemu synowi. W 1936, roku tragicznym dla Daisy, korona została wysłana do wyceny, wyceniona na 10 100 marek i w grudniu sprzedana. Wcześniej księżna próbowała zapewne za pomocą swoich środków ratować uwięzionego przez gestapo syna Bolka. Wrócił w rezultacie do domu – i tam zmarł.


Spięcia z cesarską firmą i "posiane" diamenty

20 czerwca 1905 roku księżna zamówiła sobie nowy diadem, w kształcie rosyjskiego kokosznika, ale w angielskiej firmie Catchpole&Son. Były w nim turkusy, jej ulubione klejnoty. Miała na przykład cenny naszyjnik z 10 turkusami. I turkusowe skarabeusze. Które klejnoty preferowała, a których nie, wiemy przede wszystkim ze zdjęć. Najmniej miała kolczyków, tylko cztery pary, z czego dwie były prezentami od dwóch braci męża. Prawdopodobnie były to klipsy, a Daisy nie miała przekłutych uszu. Szczególnie musiała lubić naszyjnik od męża swojej siostry, dużą perłę w otoczeniu diamentów, bo nosiła go w czasie wojny do uniformu siostry Czerwonego Krzyża.


Jak mówiła Marta Dąbrowska, księżna von Pless była bardzo konkretną klientką i nie wahała się podkreślać swoich oczekiwań. Najwięcej reklamacji wysłała do niemieckiej firmy Gebrüder Friedlander, gdzie kupował sam cesarz Wilhelm II, a za jego przykładem jej mąż. Narzekała na przykład, że mimo ostrożnego traktowania z pewnej broszy wypadły wszystkie kamienie. Innemu jubilerowi, Robertowi Kochowi, wysłała swój stary kolczyk, żeby zobaczył, jak ma wyglądać zapięcie.

Daisy była osobą robiącą mnóstwo rzeczy naraz i co się z tym wiąże, nieco roztargnioną, więc zdarzało jej się gubić biżuterię. Na londyńskiej stacji Waterloo zgubiła diamentowego węża, nie znalazł się już nigdy. Inny diamentowy naszyjnik zgubiła w Egipcie – ten znalazł pewien dżentelmen i przekazał lady Churchill, matce słynnego premiera Anglii i późniejszej bratowej Daisy, a ona jej go zwróciła. Podczas wizyty w Szczawnie arystokratka zostawiła na ławce... swoją książęcą koronę, którą szczęśliwie odnalazł pracownik uzdrowiska i przekazał do zamku. Jak już gubić, to nie byle co!



Panna młoda, księżna, zrozpaczona matka, nieboszczka

Cztery zachowane spisy biżuterii księżnej ilustrują okresy jej życia. Pierwszy sporządzono dla młodej małżonki 21 listopada 1892 roku, kiedy w Anglii ubezpieczano jej klejnoty. Spis zawierał 50 pozycji o łącznej wartości 4826 funtów – 7 bransolet (najdroższa, prezent ślubny od męża, kosztowała 150 funtów), tyleż pierścionków (najdroższy za 120 funtów), 13 broszek, a wśród nich te z Kupidynem, kłosem zboża i motylem, 6 naszyjników, w tym ten słynny, od męża, z 10 turkusami, w oprawie diamentowej i z grzebieniem, wyceniony na 800 funtów. Były też trzy zegarki, trzy spinki, dwa grzebienie i oczywiście wyceniona na 1200 funtów diamentowa korona (składała się z opaski, ośmiu liści truskawek (plus jeden rezerwowy) i ośmiu pereł), diamentowy krzyż od teściowej (500 funtów), trzy serca i dwie koniczyny. Jak zauważyła w pamiętnikach Daisy, na pewnym balu każda dama łącznie z nią miała na sobie biżuterię nadającą się na zabezpieczenie kredytowe niejednego dworu.


Kolejny spis sporządzono, gdy Daisy została panującą księżną po śmierci swego teścia Hansa Heinricha (Jana Henryka) XI. Było to 14 stycznia 1908 roku – na stanie pojawia się już 147 pozycji, a ich wartość londyńskie towarzystwo ubezpieczeniowe The Fain General Insurance Company Limited wycenia na 31 871 funtów. Tu mamy 29 bransoletek (ametysty, topazy, różowe diamenty, akwamaryny, rubiny, szafiry i oczywiście turkusy – trzy bransoletki uszkodzone). Mamy też 17 naszyjników, głównie diamentowych i perłowych, tych ostatnich siedem, najdroższy za 3800 funtów. Dwa składają się z 86 pereł, pozostałe krótsze. Zapamiętajmy tę informację. Do tego 21 pierścionków, 6 broszek, 9 łańcuszków, 4 pary kolczyków, korona, 4 diademy, 2 zegarki i 25 innych drobiazgów, w tym diamentowy paw. Dla porównania – pokojówka w Książu zarabiała 5 funtów rocznie. Kucharka już 60.


Kolejny spis sporządzono 11 września 1936 roku, przeprowadziła go wrocławska firma przygotowująca wycenę przed sprzedażą. Tylko 27 pozycji, wartość 24 470 marek. 6 naszyjników, 3 pierścionki, 10 broszek i trochę innych drobiazgów. Co ciekawe, są naszyjniki z perłami, ale sznura pereł brak.

I ostatni spis – jest 21 lipca 1943 roku, od śmierci księżnej minęły już trzy tygodnie. Tu nie ma już wyceny i widzimy, że Daisy zostawiła sobie klejnoty o wartości sentymentalnej – na przykład z pięciu brosz dwie są odznaczeniami z uwielbianych przez nią za młodu regat. Są też cztery naszyjniki, w tym sznur 75 pereł i 100 pereł hodowlanych.



I wciąż tam były

A co było dalej? Podobno, choć brzmi to nieprawdopodobnie, kiedy po przejęciu Książa w 1946 roku polskie władze otworzyły tamtejszy sejf, te klejnoty wciąż tam były i zachowały się zeznania świadka, który widział tam sznur pereł i diadem. Zdecydowano o wysłaniu znaleziska do Krakowa, gdzie działała komisja mająca z nich sporządzić muzealny zbiór. Niestety, w kolejnych latach to wszystko gdzieś zniknęło.

- W 2012 roku w magazynach Muzeum Narodowego w Warszawie odnalazł się garnitur biżuterii z ametystami, który widnieje w spisie z 1936 roku. Księżna chyba niezbyt go lubiła, bo na zdjęciach pojawia się tylko raz w jednej broszy z tego kompletu, ametysty noszono zresztą w drugiej fazie żałoby. Ten garnitur był depozytem Banku Narodowego w Warszawie, przekazano go do muzeum w 1974 roku i trafił do magazynu. Dziś znów można go zobaczyć w muzeum w Pszczynie, trzeba to zrobić szybko, bo są wypożyczone z Muzeum Narodowego i wrócą do niego. Mają piękną fiołkową barwę – mówi Marta Dąbrowska. I właśnie przepastne magazyny muzeum, a nie książańskie rododendrony to właściwy adres, jeśli chce się szukać skarbów księżnej Daisy von Pless...



Tak umierają mity

Co zatem ze słynnym siedmiometrowym naszyjnikiem z pereł, który przez dekady zapładniał wyobraźnię wielu mniej i bardziej zdolnych pisarzy, a także poszukiwaczy skarbów, i który będzie odgrywał kluczową rolę w kręconym niedawno w naszym mieście filmie "Ciemno, prawie noc" na podstawie nagrodzonej Nike powieści Joanny Bator? Z PRL-owską legendą o zakrwawionym poławiaczu pereł i jego klątwie rozprawiliśmy się już TUTAJ. A badaczka materialnej spuścizny księżnej von Pless idzie jeszcze dalej.


- A gdzie są słynne perły Daisy? Mam je ja – oświadczyła pani Marta pod koniec spotkania, wyjmując ze szkatułki siedmiometrową rekonstrukcję osławionego sznura. Musiała poprosić kogoś z widowni, żeby zademonstrować, jak on jest długi i jak w sposób oczywisty nie nadawałby się do noszenia. Jest legendą, bo tak naprawdę – nie istniał. Nie ma go w żadnym z czterech spisów, choć jest tam wiele innych naszyjników z pereł, głównie hodowlanych, ale także piękny, choć dużo krótszy sznur szczególnie cennych bladoróżowych pereł z Morza Indyjskiego. A to tak sławne zdjęcie, na którym Daisy półleży opleciona siedmiometrowym naszyjnikiem?

- Mamy zamówienie księżnej, by nawlec perły na nową nić, więc prawdopodobnie przy okazji tego zdjęcia kazała nanizać na jedną długą nić wszystkie perły, które miała – i tak powstał legendarny naszyjnik. Może chodziło też o inne kreacje. Przewleczenie pereł wykonałby szybko każdy zakład jubilerski – zdemaskowała mit pani Marta. Może trochę szkoda, ale jesteśmy bardzo daleko od tego zalanego krwią pokładu.


I w sumie dobrze, bo dramatów w życiu ostatniej pani Książa było dostatecznie wiele. Jednym z jej klejnotów był medalion, w którym do końca życia nosiła pukiel włosów zmarłej w wieku 2 tygodni córeczki. Innym, który dzięki uprzejmości księcia Bolka VI von Pless, jej wnuka, można oglądać w Pszczynie, jest ponad metrowa laska z turkusami oczywiście i z głową lwicy, która ma rubinowe oczy – być może prezent od zakochanego w Angielce indyjskiego maharadży. Zdaje się, że arystokratka głęboko wierzyła w to, że laska jest z litego złota, ale się myliła. To zwykły kij pokryty złotą farbą. W każdym razie tym lepiej służył jej, kiedy – co widać na ostatnich zdjęciach – zaczęła tracić władzę w nogach i musiała się podpierać. I pamiętajmy, że część swych klejnotów sprzedała prawdopodobnie, żeby pokryć koszty kaucji czy po prostu łapówki, gdy kilka miesięcy wcześniej ratowała syna z rąk gestapo.


A żeby nie kończyć tak smutno, Daisy miała w pasie mniej niż 56 centymetrów – i to po urodzeniu córki i syna. Świadczy o tym turkusowy pas, który również możemy oglądać w Pszczynie. A gdzie są pozostałe, niesprzedane przez nią klejnoty Daisy? Poza muzeami w dużej części zapewne u jej rodziny – jeden szafirowy wisior posiada na pewno jej prawnuczka Felicitas – i niech tam zostaną.

Być może pani Marta powróci wkrótce do Książa, żeby opowiedzieć o sukniach księżnej Daisy von Pless. Więcej o autorce i jej pracy TUTAJ.

Poprzednie spotkania z historią w zamku Książ:
ZAMEK KSIĄŻ - TRZY DEKADY WIELKIEGO SZABRU (FOTO)
KSIĄŻ TO MÓJ DOM - MÓWI DORIS STEMPOWSKA (FOTO)
SARKOFAG HRABINY ZUZANNY - HISTORIA DOŚĆ MAKABRYCZNA

Czytaj też:
URODZINY DAISY - CAŁA PRAWDA O SŁYNNYCH PERŁACH (FOTO)
RODODENDRONOWE KSIĄŻĘCE SZALEŃSTWO
KSIĄŻ: AMFITEATR TO NIE AMFITEATR (ZDJĘCIA)
WAKACYJNE KLIMATY: JEZIORKO DAISY (ZDJĘCIA)
KSIĘŻNA DAISY I JEJ BOŻE NARODZENIE DLA MIESZKAŃCÓW

KSIĘŻNA DAISY: PROJEKT HEIDELBERG: DZIKA GÓRSKA REZYDENCJA
MA FANTAISIE - ODBUDOWAĆ ZAPOMNIANĄ REZYDENCJĘ KSIĘŻNEJ DAISY?
NOWA KSIĄŻKA O DAISY VON PLESS - TAJEMNICE PIĘKNEJ ARYSTOKRATKI


Tekst i foto: Magdalena Sakowska