Przy pełnej sali ostatnia mieszkanka zamku Książ, która spędziła tu całe swoje życie, opowiadała o Hochbergach, księżnej Daisy, organizacji TODT, więźniach obozu koncentracyjnego, wejściu Armii Czerwonej – i o własnym, zupełnie zwyczajnym, życiu w cieniu wielkiej historii.


Doris (Dorota) Stempowska przyszła na świat kilka lat przed wybuchem II wojny światowej jako córka trenera koni książąt von Pless Edwarda Wawrzyczka, Czecha z Zaolzia i jego niemieckiej żony Marty, wywodzącej się ze służby zamkowej. Jej rodzina mieszkała w Książu od 1844 roku, kiedy to prapradziad Doris znalazł portfel zgubiony przez hrabiego Jana Henryka (Hansa Heinricha) X, wtedy oficera, i oddał właścicielowi. Zachwycony jego uczciwością hrabia z miejsca zaproponował mu pracę. Pani Doris przez całe życie mieszkała w jednej z zamkowych oficyn.


Podczas spotkania jego bohaterka przedstawiła nam swego rodzaju pamiętnik małej dziewczynki ilustrowany fotografiami jej i jej rodziny. Nazywała się ona Doris Wawrzyczek, mieszkała w wyjątkowo urokliwym miejscu i była tam bardzo szczęśliwa. Dajmy jej przemówić własnymi słowami.


Wiosna 1939

Trzy razy w roku, na wiosnę, latem i jesienią z ogrodnictwa w Lubiechowie przyjeżdżają pracownicy, żeby sadzić i robić porządki na tarasach. Jadą wielką platformą z sadzonkami. Wybiegamy im naprzeciw, żeby się przejechać. Woźnica akurat ma dobry humor i zamiast nas odgonić, zabiera nas na wóz.

Lato 1939

Do zamku Książ idą tłumy ludzi. To zwiedzający, idą od strony Stada brukowaną drogą do Oślej Bramy. Tu jest portiernia i kasa, i tu fotograf robi turystom na pamiątkę zdjęcia zbiorowe na tle Baszty Prochowej, po czym szybko wywołuje je i sprzedaje im, kiedy wychodzą z zamku. Jego córka jest bardzo miła i uczy mnie jazdy na rowerze.


Wrzesień 1939

Wybuchła wojna. Zamek stoi cichy i pusty, nie ma już turystów. Jest smutno, boję się.


Zima 1939

Ojciec zostaje przymusowo zatrudniony w fabryce samolotów w Pełcznicy. Gdyby się nie zgodził, to by go wywieźli do jakiejś innej fabryki.


Wiosna 1940

Po parku jeździ na wózku miła starsza pani. Wózek prowadzi jej pielęgniarka. Mama mówi, że to księżna Daisy von Pless i że ona była kiedyś panią całego zamku. Mieszka obok nas.


Późne lato 1941

Bawimy się koło zamku, nagle ktoś mówi, że księżną Daisy wywożą i żebyśmy dały jej kwiaty. Panie z ogrodnictwa dają mi wiązankę nagietków. Księżna jest wynoszona na noszach. Kładziemy nagietki na tych noszach. Uśmiecha się i mówi: "Kochane dzieci, bardzo wam dziękuję".


Wiosna 1943

Przystępuję do pierwszej komunii. Robimy to trochę w tajemnicy, bo nie wolno, dlatego nie ma fotografa. Ale mama dwa tygodnie później znajduje kogoś, kto robi mi zdjęcie w komunijnej sukience. Nie wolno nam też robić procesji Bożego Ciała, chyba, że wokół naszego kościoła na Szczawienku.


3 lipca 1943

Dookoła zamku pełno jest pięknych powozów, panów we frakach, pań w pięknych sukniach, mnóstwo ludzi. Mama jest bardzo smutna, mówi, że dziś jest pogrzeb księżnej Daisy. Wychodzi i nie pozwala mnie i kuzynom iść ze sobą. Idziemy pod Mauzoleum i podglądamy z daleka.

Jesień 1943

W zamku pojawiają się jacyś dziwni ludzie. Pewnej niedzieli przyszedł komisarz i powiedział, że musimy się wyprowadzić. Pytał rodziców, gdzie chcą mieszkać, w Szczawnie czy na Szczawienku. Chcieli do Szczawna, ale potem się okazało, że nie ma tam mieszkań. Czekamy. Do zamku przyjeżdża coraz więcej osób z całych Niemiec, bo tam są bombardowania, a u nas nie. Raz ogłoszono alarm, przeleciały bombowce, ale nie zrzuciły bomb i po 2 godzinach go odwołano.


26 kwietnia 1944 i później

Przyjeżdża pierwszy transport więźniów. Pracują w zamku, zamieszkują w barakach przy parkingu. To taki straszny widok, że rodzice nie mogą się doczekać tej wyprowadzki do Szczawna. Ci, co pilnują więźniów, pozwalają im chodzić po mieszkaniach i żebrać o chleb. Mama daje im chleb, ale pewnego razu ktoś na nią donosi i grozi jej obóz koncentracyjny. Jesteśmy przerażeni, ale wieczorem tego dnia przychodzi do ojca pracownik z organizacji TODT i mówi, że obersturmbannführer, który mieszka tu w Książu, da się przekupić papierosami. Papierosów nigdzie nie można kupić, a tata nie pali i ma ich pełno, jeszcze z przydziałów zamkowych. Patrzę, jak otwiera szufladę i garściami ładuje je do aktówki. Potem obaj wychodzą. Siedzimy z mamą i czekamy. Po godzinie tato wraca z dwoma dokumentami – na jednym jest napisane, że mama już nigdy więcej nie będzie dawać chleba Żydom i ma to podpisać. Na drugim jest wyrok grzywny – 200 marek na Czerwony Krzyż.


Lato 1944

W zamku cały czas trwają jakieś prace. Nie ma tam wstępu, przed dziedzińcem jest wysoki płot i nie można zajrzeć. Wybuchy są co dwie godziny, w nocy też. Najpierw nie możemy spać, potem się przyzwyczajamy.

Koniec kwietnia 1945

Dostaliśmy wreszcie to mieszkanie w Szczawnie, przy Sternstrasse, ale front jest już w Strzegomiu, podobno nawet w Świebodzicach i rodzice nawet nie jadą, żeby je obejrzeć. Po latach pójdę tam i odnajdę ten dom – Kopernika 5. Tato chce, żebyśmy z mamą wyjechały pociągiem ewakuacyjnym do Bawarii, ale mama mówi, że nie zostawi go samego.


8 maja 1945

Rano ojciec idzie do pracy i po godzinie wraca – fabryka jest zamknięta. Siada w fotelu i mówi: "Gdzie chcecie uciekać? Nie ma dokąd." Jest nas jeszcze w Książu 5 rodzin, reszta wyjechała pociągami. Około 12.00 Rosjanie zaczynają ostrzeliwać zamkową wieżę. Wszyscy chowamy się w długiej piwnicy (dziś tam jest parking przed zamkiem). Czekamy, co będzie. Rosjanie strzelają do 14.00, potem ojciec i inni mężczyźni wychodzą z rękami do góry i wołają, że tu nie ma żołnierzy, tylko cywile. Wychodzimy wszyscy. Oni stoją z bronią, to jakaś azjatycka jednostka, mają skośne oczy. Kapitan mówi po niemiecku, że nam się nic nie stanie i możemy wrócić do mieszkań. Oni chcą tylko, żeby im przynieść wody, mają na sobie zimowe ubrania, jest gorąco, leje się z nich pot. Najpierw każą napić się nam. Potem odchodzą, ale w nocy przychodzą inni Rosjanie i zaczyna się rabunek zamku. Ukrywamy się na strychu.


16 maja 1945

Przychodzi kolejna grupa Rosjan i każą nam się w ciągu dwóch godzin wyprowadzić z zamku. Bierzemy, co się da unieść i idziemy do cioci, która mieszka na ul. Nowej na Szczawienku, w jednym z 5 bloków postawionych dla dawnych pracowników książęcego majątku. Mieliśmy tam kiedyś zamieszkać i my, ale rodzicom te dwupokojowe mieszkania wydawały się strasznie małe, a dwóch nie pozwolili zająć.

Koniec maja 1945

Ojciec i inni mężczyźni idą zobaczyć, co się dzieje w Książu. Okazuje się, że nikogo tam nie ma, ale wszystko jest splądrowane. Ojciec nie poznaje własnego mieszkania.


Koniec czerwca 1945

Wracamy do zamku, ale znowu przychodzi jakaś jednostka i każą nam odejść. Wojsko rosyjskie stacjonuje w Stadzie, a oficerowie zamieszkują w naszych mieszkaniach w Książu. Dopiero potem wrócimy tu na stałe.

Lato 1945

Ktoś przynosi informację, że w Świebodzicach na ul. Młynarskiej jakiś Żyd otworzył sklep i ma tam masło. Biegniemy obie z mamą, stoimy w długiej kolejce w sklepie, właściciel patrzy na mamę i mówi: "Pani jest z zamku. Pani mi dała chleb". Mama woła: "To pan przeżył!?", bo wszyscy mówili, że więźniowie zostali wywiezieni z Książa i zamordowani. A on mówi, że wsadzili ich na ciężarówkę i wieźli do Jedliny. Nagle ktoś krzyknął, że Rosjanie idą, SS-mani zatrzymali ciężarówkę i zostawiając na niej więźniów uciekli. Ten sklep jest otwarty do 1950 roku. Poniżej rodzinne zdjęcie ze słynną wielką dziurą w zamkowym dziedzińcu.

Pani Doris opowiadała też jeszcze o swoim mężu, Polaku Zygmuncie Stempowskim, więźniu w placówkach gestapo w Rawiczu i osławionych Fortach VII w Poznaniu, a potem w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen. To dla niego została w Książu, choć jej rodzina wyemigrowała do Niemiec i Czech. W Wałbrzychu jest jedną z ostatnich osób mówiącą zanikającą gwarą dolnośląską, która zostaje zapomniana także w Niemczech.

Następne spotkanie, w kwietniu, poświęcone będzie zjawisku szabru w powojennym Wałbrzychu, o czym będzie mówił prof. Romuald Łuczyński.

Tekst i foto: Magdalena Sakowska